Promocja Albanii w Polsce…

Poruszając się po „internetach” zauważyłam bardzo ciekawą zależność. Nie potrzeba wielkich statystyk żeby dostrzec, że prawie każda dyskusja o Albanii tocząca się swobodnie zawsze zahaczy o trzy dość ciekawe wątki. Wątki pokazujące polską internetową „wszechświadomość” o tym kraju.

Zacznę od kanonicznego wręcz stwierdzenia z Nonsensopedii, które częściej jest cytowane niż jakiekolwiek dzieło zacnego Kadarego!

ALBANIA NIE ISTNIEJE!

Odnosiłam się już do tego ciekawego skądinąd wpisu, który jest wykorzystywany niezwykle często przez wielbicieli Albanii, jako sposób na udowodnienie swojej absolutnej znajomości tego kraju. Ja też popełniłam tekst na ten temat.

 

Oto słynny albański wirus, coś gorszego nawet od pluskwy milenijnej!

A oto słynny albański wirus, coś gorszego nawet od pluskwy milenijnej!

Natomiast najsłynniejszymi Albańczykami nigdy nie są bracia Bellushi czy Matka Teresa (Albanka chociaż z Kalkuty). Seksi kształty Rity Ory (nieważne, że z Kosowa) czy grającej w pięciorzędnych produkcjach Elizy Dushku to mały miki w porównaniu z MARKIEM z mitycznej wręcz miejscowości Tropoja. Tam na kamieniu rodzą się mężczyźni na obraz i podobieństwo Skanderbega. Skazani na wieczne miejsce w popkulturze.

Mam nawet przygotowaną opowiastkę o tym fenomenie, bo w każdej grupie znajdzie się turysta – wielbiciel kina akcji, a zwłaszcza filmu „Uprowadzona”.

Marko też jest zaskoczony swoją ogromną popularnością!

Marko też jest zaskoczony swoją ogromną popularnością!

Ale tak naprawdę o Albanii nie wiedzielibyśmy nic gdyby nie sam Król. Popek. Jeśli jego imię nie pojawi się w internetowej debacie o tym kraju to właściwie można uznać, że nie miała miejsca.

Popek w królewskich szatach

Popek w królewskich szatach

Rozpoczynałam promocję obozów młodzieżowych… nastolatkowie pytali czy Popek będzie.

Pod artykułem o tolerancji religijnej w Na temat… ktoś wyskoczył z Popkiem.

Znajomi turyści wrzucają sweet focie z Albanii na fejsa – zawsze jakiś znajomy spyta czy spotkali Popka.

No, bo POPEK TO KRÓL ALBANII. Jak również współtwórca projektu Gang Albanii.

Jeśli aktualnie wpiszemy na facebooku hasło Albania to nie zaleją nas tylko informacje o florze, faunie, zabytkach czy kulturze… ale ostre jak żyletka teledyski Gangu Albanii, który ostatnio robi w sieci takie zamieszanie, że sama otwieram buzię w kompletnej rozkmince. Pisałam do nich. Pytałam czemu ta cholerna Albania (nawet próbowałam się podlizać!). Dostałam tylko taką oto zdawkową odpowiedź:

:)

:)

O co chodzi? O zabawę, robienie sobie jaj i ostrą jazdę. Jak piszę o nich mam wrażenie, że buduję zdania jak pensjonarka, bo nic nie jest w stanie oddać klimatu ich… twórczości. Nie umieszczę żadnego z teledysków, bo są no… delikatnie rzecz biorąc… wulgarne.

Promocja Albanii w Polsce

Promocja Albanii w Polsce

Zaraz pojawią się pytania dlaczego promuję takie coś. Będzie płacz, że obrzydliwe i takie okropne. Ale to oni właśnie mają prawie 250 000 fanów na fejsie, a ich teledyski osiągają ponad kilkanaście milionów wyświetleń. Można się bulwersować, ale facet z tatuażami na gałkach ocznych, mordą pokrytą skaryfikacjami w sposób chwilami wręcz garażowy robi swoje. Nie umie śpiewać niczym Pavarotti, ale współpracuje z jednym z najbardziej wziętych polskich DJów. Znalazł nawet sposób żeby robić hajs na ubraniach z albańskim godłem.

Można krzyczeć, że przecież tego słucha jakiś margines! Akurat w tym wypadku nie ciskałabym się zbyt mocno, bo wiele osób byłoby zaskoczonych w jakich kręgach Popek bywa popularny. Jako Król, ale pastiżu. W tym momencie „Wóda, koka, góra siana” wesoło podśpiewuje wiele osób z bardzo różnych środowisk.

Oczywiście cytując klasyka te wszystkie zjawiska kulturowe mają tyle wspólnego z promocją turystyki w Albanii co ja z drogimi samochodami, czyli nic. Chociaż patrząc na to z innej perspektywy ten szum można wykorzystać na korzyść kraju. Mówi się, że oni właśnie pogłębiają stereotypy… A może tak pobawić się stereotypami? Sama doskonale wiem, że metoda którą stosują różne środowiska czyli zamiatanie niektórych tematów pod dywan lub udostępnianie pięknych zdjęć z miejsc, w których się nigdy nie było nie wpływa na popularność i napływ turystów do tego zagubionego na południu Europy kraju.

Prawda jest taka, że więcej osób słyszało o Popku niż o Kadarem.

Za chwilę minie miesiąc od mojego, piątego już, przyjazdu na rezydenturę. Za chwile minie też dwa lata od momentu, kiedy zaczęłam pisać bloga. Znów są wybory. Tym razem samorządowe, ale zaczynam już poznawać twarze na plakatach, rozumieć pewne niuanse, powiązania. Wśród kandydatów pojawią się ludzie, których znam osobiście i niekoniecznie bym na nich zagłosowała. Dorobiłam się sympatii, antypatii i poglądów.

Jestem, również pozytywnie zaskoczona odbiorem programu Sekielskiego. Ludzie mówią o nim bez strachu, bez paranoi. Nikt oczywiście nie słyszał o zamieszaniu wokół programu oraz mojej osoby, ponieważ gotowało się jedynie na bardzo niszowych stronach oraz blogach, które żyją same dla siebie. Ludzie, którzy faktycznie chcą dowiedzieć się czegoś o Albanii trafiają tu. Chętnie na wycieczkach fakultatywnych puszczam ten dokument w autokarze i opowiadam później o tym jak wszystko wyglądało od kuchni.

Psy szczekają, a moja karawana wypełniona turystami jedzie dalej. I jest bardzo, bardzo fajnie! :)

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o Albanii….

Planując wakacje każdy potrzebuje jak najwięcej praktycznych informacji dotyczących kraju, do którego się wybiera. Mój blog służy jako takie jedno wielkie FAQ już od dwóch lat, ale wiem, że brakuje kilku drobnych info albo czasem trzeba dotrzeć do odpowiedniego wpisu.

Już za chwilę wyjeżdżam i będę Państwa przyjmować u siebie, więc czas na drobne, praktyczne podsumowanie :)

1. Pieniądze :) Ile zabrać? Co zabrać? Jak wymienić? Wypłacić? Zapłacić?

O tym pisałam w kilku miejscach:

Ceny – restauracje

Ceny – sklepy

Waluta.

Albania jest krajem tanim. Walutą jest tam LEK, który w Polsce nie jest powszechnie dostępny. Dlatego warto zabrać EURO (lepiej Euro niż Dolary!), którymi po pierwsze w wielu miejscach można płacić oraz które łatwo jest wymienić w kantorach.

W każdej trochę większej miejscowości znajdziemy kantor lub bank. Podobnie jest też z bankomatami. Mastercard i Visa.

2. Sklepy.

Zarówno małe sklepiki, warzywniaczki jak i duże markety. W mniejszych płatność gotówką, natomiast w marketach można płacić kartą. Z bardziej znanych sieciówek jest m.in. Carrefour i popularny włoski Conad.

3. Dowód czy paszport?

Żeby dojechać do Albanii wystarczy dowód osobisty.

Jednak jak chodzi o osoby podróżujące samochodem to UWAGA! Paszport jest potrzebny w Kosowie. Należy też pamiętać, że jeśli przekroczymy granicę z Kosowem od strony Albanii lub Macedonii to nie przekroczymy już granicy Kosowo-Serbia. Jest na to sposób – musielibyśmy zagadać do celników żeby nie wbijali nam w paszporcie pieczątek. Wtedy powinno się udać.

4. Gniazdka są takie same jak w Polsce.

5. Proszę się nie bać kuchni albańskiej, gdyż opiera się przede wszystkim na tradycji śródziemnomorskiej i bałkańskiej. Dlatego będzie podobna jak w Grecji, Włoszech, Chorwacji czy Czarnogórze. Jest smacznie, kucharze są świetni, a restauracje naprawdę na wysokim poziomie.

Wpis o kuchni albańskiej.

6. Hotele są na naprawdę dobrym poziomie. Nie należy się bać hoteli trzygwiazdkowych. Tak jak wszędzie trzeba oczywiście obejrzeć pokój i sprawdzić czy wszystko jest OK. Ale ogólnie rzecz biorąc albański standard nie odbiega od standardu w innych krajach. Nie spotkałam się jeszcze z dobrym hotelem bez klimatyzacji czy telewizora oraz lodówki.

Szerzej o hotelach. 

7. Kiedy jechać?

Pogoda w Albanii jest niezawodna :)

Czerwiec i wrzesień to zwykle momenty, kiedy nie jest upalnie, ale można spokojnie zdobyć piękną opaleniznę. Zdecydowanie to również lepszy moment na intensywne zwiedzanie. Mogą pojawić się przejściowe deszcze, ale nie trzeba się martwić, że będzie tak jak nad polskim morzem. Ulewa zwykle jest intensywna, ale krótka i wszystko wraca do normy.

Osobiście najbardziej lubię czerwiec, kiedy wszystko budzi się dopiero do życia. Organizowane są pierwsze kurortowe imprezy, miasto budzi się i zaczynają się prawdziwe wakacje.

Wrzesień to moment, kiedy też nie ma tłumów, ale nie liczmy na imprezy. Wszystko powoli zaczyna się zwijać. Jest zdecydowanie spokojniej. W kurortach takich jak Vlora czy Saranda jest co robić, ale w małych kurorcikach możemy umrzeć wtedy z nudów ;)

Lipiec i sierpień to miesiące suche i upalne, ale też najbardziej rozrywkowe. Dyskoteki, koncerty, tłumy na deptaku – to jest doskonały moment żeby zobaczyć zwariowaną i tętniącą życiem Albanię. Przyznam, że uwielbiam ten moment i taką twarz tego kraju.

8. Gdzie jechać?

Zwykle pytanie jest bardziej rozbudowane :)

Na szczęście Riwiera albańska spełnia wszystkie marzenia turysty.

Zmotoryzowanym zawsze polecam żeby zatrzymali się, gdzieś między Vlorą, a Sarandą. Spróbować i kurortu i mniejszych miejscowości jak Himara czy Dhermii. Możliwości jest bardzo dużo i ważne, że można jechać w ciemno i rezerwować noclegi po trasie.

Jednak jeśli nie zależny nam na mieszkaniu byle gdzie – warto troszkę poszperać w internecie.

Jeśli jedziemy na wyjazd zorganizowany to spośród wszystkich ofert jednak hitami są i będą Vlora i Saranda. Wszyscy wiedzą, że pracuję dla biura podróży i nie ukrywam tego. Bardzo często odpowiadam na pytania i polecam konkretne miejsca i hotele. Mogę to robić z pełną odpowiedzialnością, bo sama dopieszczam ofertę :) Najzwyczajniej w świecie ja zapraszam JAK DO SIEBIE :)

Dla wielbicieli turystyki górskiej na pewno północ kraju m.in. rejony Valbony czy Theth, jezioro Koman etc będą najlepsze.

9. Wakacje z dziećmi?

Oczywiście! Wiele hoteli posiada w swojej ofercie apartamenty 2+1 lub 2+2 z aneksami kuchennymi. Możemy znaleźć też plaże z łagodnym zejściem, kompleksy z basenami.

Niestety nie ma jeszcze porządnego zaplecza aquaparków.

Jedzenie jest zróżnicowane i zawsze coś znajdziemy dla „Tadka-niejadka”.

Dodatkowo nasza pociecha będzie rozpieszczana ;) Albańczycy mają strasznie pozytywne podejście do dzieci. Może to być dość upierdliwe (lub wręcz przeciwnie), bo każdy naszego potomka będzie przytulał, głaskał, poklepywał i w ogóle się nad nim rozpływał :)

10. Bezpieczeństwo

Wielokrotnie o tym pisałam. Albania jest obłożna stereotypami, ale tak naprawdę jest bezpiecznie. Wiadomo, że nie wolno zostawiać torebek czy portfeli w widocznym miejscu na plaży czy nosić pieniędzy lub komórki w tylnej kieszeni w zatłoczonym autobusie. Jednak są to zasady, które należy stosować zarówno w Hiszpanii jak i w Chorwacji.

Podkreślam! Albania nie jest krajem niebezpiecznym, w którym toczy się jakaś wojna czy działa mafia, która mogłaby zagrozić turystom. Jak każdy kraj – Albania ma swoją przestępczość, ale jest to całkowicie normalny kraj również pod tym względem.

11. Zdrowie

Albania z Polską ma podpisaną umowę, iż w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia, jest to pomoc bezpłatna. Jeśli chodzi o wizyty, porady i kontrole u lekarza płacą Państwo ok. 20-30 euro – kwota ta jest zwracana po wysłaniu do ubezpieczyciela w Polsce rachunków i diagnozy. To samo dotyczy wykupywanych leków.

Szpitale państwowe w Albanii nie wyglądają super (stare łóżka, brzydkie ściany), ale pomoc jest udzielana w sposób profesjonalny. Jako rezydent miałam bardzo różne przypadki i zawsze pomoc została udzielona szybko i odpowiednio.

Jest też bardzo dużo klinik prywatnych, gdzie można się również zgłosić.

Najczęstszą przypadłością, która może dopaść turystę jest naturalna przy zmianie klimatu i sposobu odżywiania się „jelitówka”. Zwykle wszyscy polecają raki lub naszą polską wódeczkę, podobnie jak w przypadku „klątwy faraona” :) Zwykle mamy przynajmniej jeden dzień z głowy, gdyż męczy nas biegunka i wymioty. Powinniśmy ratować się węglem, smektą, stoperanem etc jednak najważniejsze jest to żeby się nie odwodnić! Dlatego nawet jeśli się mamy zmuszać musimy pić bardzo dużo wody! Należy też jeść. Nie obfity obiad oczywiście, ale trzeba chrupać biszkopty lub podjadać chlebek. Poza tym unikać klimatyzacji.

Drugi problem zdrowotny to… słońce. Powtarzam do znudzenia wszystkim żeby uważać z opalaniem się na plaży, ze spacerami w środku dnia…. Poparzenia słoneczne oraz alergie na słońce mogą nam spaprać i urlop i opaleniznę. Kolejna przygoda to udar słoneczny lub cieplny co kompletnie rozwala nam przynajmniej jeden dzień. Wiem doskonale, bo sama jestem podatna na takie atrakcje.

12. Co zwiedzać?

W Albanii jest bardzo dużo dla wielbicieli różnorodnego wypoczynku :)

Trasy wycieczek fakultatywnych, które oprowadzam mogą być również znakomitym punktem wyjścia dla osób, które chcą zwiedzać na własną rękę.

Wycieczki fakultatywne

13. Jakie pamiątki przywieźć?

Pierwsze co się rzuca w oczy to oczywiście wszelkie gadżety związane  z flagą albańską. Zwykle każdy wyjeżdża z jakimś drobiazgiem właśnie w tym stylu.

Oczywiście tradycyjnie w sklepach z pamiątkami czy na straganikach można dostać magnesy, kubeczki, koszulki, nadmorskie obrazki z piasku i muszelek… ale największą furorę robi i tak popielniczka w kształcie bunkra! Koszt takiego cuda zależy od wielkości i wynosi od 300 do 1000 leków

Bardzo popularny jest również Koniak Skanderbeg (600-800 leków), dżem figowy (ok 400 leków), ser kackavall, oliwa z oliwek, wino, raki… i wszystko co można dostać w innych krajach bałkańskich :)

CDN

(proszę dać znać jak brakuje jakiejś ważnej informacji – wpis będzie się rozrastał :) )

insider/outsider

Czekałam z wpisem aż sytuacja po emisji programu „Po prostu” trochę się ostudzi :)

Przyznam, że reakcje ludzi przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Niezależnie od wszystkiego brałam udział w czymś co wzbudziło niesamowite emocje. Społeczność internetowa podzieliła się i… poszło. Tyle ognistych wypowiedzi nie widziałam dawno! Bardzo dziękuję za każdy komentarz na moim profilu!

Jednak trzeba również przyznać, że w końcu środowisko skupione w okół Albanii obudziło się i ruszyło do boju. Na sztandarach mając obraz jednej i prawdziwej krainy szczęśliwości. Ciekawe ile to wzburzenie będzie trwało i ile pozytywnych działań za tym pójdzie? Ile artykułów mówiących o zaletach Albanii powstanie? Ile filmów promocyjnych zostanie nakręconych? No i najważniejsze ile z tych działań trafi do przeciętnego „Kowalskiego”, a nie utknie gdzieś w kuluarach? Ile osób przekona się dzięki temu do Albanii, spakuje rodzinę i pojedzie w tamte rejony? A może Ci ludzie są nieważni, bo podoba im się Sekielski i nie kupią sobie Kanunu?

Ja walczę na tym „promocyjnym” froncie od paru lat. Jednak dopiero wspomniano o mnie przy okazji współpracy przy programie „Po prostu”! Czyli jednak było warto, bo niektórzy poświęcają mi nawet całe akapity! Nie jestem może wymieniona w bibliografii, ale występuję jako czarny charakter! A jak wiadomo od zawsze, bycie „femme fatale” jest najciekawsze!

Jest takie oklepane powiedzonko, że „grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą” i tego się trzymam. Dzięki temu udało mi się wleźć w kilka naprawdę ciekawych miejsc. Poznawać Albanię tak, jak najbardziej lubię – od środka.

Przyjmując propozycję uczestnictwa w tym projekcie kręciło mi się w głowie. Przed pierwszą wizytą w Warszawie nadrobiłam zaległości i obejrzałam najnowsze odcinki „Po prostu”. Ta cholerna zemsta krwi pasowała do wszystkiego.Wiedziałam, że nie idę do nieba.

Musiałam od czegoś zacząć. Moim zadaniem było wiedzieć wszystko.

Elion Farruku trochę przewracał oczami w trakcie rozmowy na Skypie. Wyrzucałam z siebie słowa kompletnie nie kontrolując języka jakim władam. Śmiał się i cierpliwie podrzucał coraz to nowsze wątki. Pewnie przewracał oczami za każdym razem, kiedy słyszał dźwięk vibera.

– Cześć….Tak to znów ja – pisałam – weź mi z tym pomóż.

Alfa i omega. Z nim zaczęłam pracę nad tematem i On był ostatnim przystankiem w tej bałkańskiej podróży. Tego ostatniego wieczora w Prishtinie było cholernie zimno. Ale po wszystkim, co widziałam przez miniony tydzień, łatwiej mi było poukładać sobie w głowie słowa rozmówcy.

Pierwsze kroki stawiałam z ekipą w Tiranie. Później była Vlora. Okolice Permetu. Shkodra.

Grzecznie siadałam na zapadających się kanapach lub trzeszczących krzesłach. Tak żeby nie wchodzić w kadr. Tak żeby być wystarczająco blisko. W miejscu przecinania się spojrzeń. W gardle na chwilę zasychał mi głos. Słyszałam tylko pierwsze słowa…

-Zapytaj…

A później Oni zaczynali mówić. W głowie wtedy wyrasta drzewo. Poszczególne wątki rozrastają się niczym gałęzie. Spadają z nich niepotrzebne liście słów-zapychaczy. Zdań, które nie trafiają w sedno. Pojawia się opowieść. Taka, którą należy przekazać prosto, ale która też zapuszcza w Tobie korzenie.

– Iza zapytaj….

Pytałam rodzinę, w której ojciec zabił sąsiada. Pierwszy raz zacisnęłam tam trochę mocniej zęby, jak jego żona powiedziała, że miała córkę w brzuchu w czasie ucieczki przed zemstą. Zamrugałam szybciej niż zwykle i ochota na chwilowe rozklejenie się przeszła.

Robiąc krok w tył nabieramy dystansu. Plan jest szerszy. Później trzeba zrobić kilka kroków do przodu. Wejść do domu osoby, która wcale do końca nie jest pewna czy chce nas gościć. Tak było z siostrą zamordowanego. Kobietą, której każdy grymas wyrażał szaleństwo.

Biedy i nienawiści nie da się pokazać w pastelach. Nie da się sfilmować płaczącego starca w wyświechtanej marynarce jako sympatycznego dziadunia. Kobiety w czerni żadne światło nie rozjaśni. Tak. Oni przed kamerami są nadzy.

Zróbmy jeszcze kilka kroków w tył. Tak żeby perspektywa stała się jeszcze szersza. Jeszcze trochę. Jeszcze. Tam jest budynek. Wejdźmy do niego.

I co?

Patrzymy przez okno. I liżemy szybę. Jest zakurzona i nie ma żadnego konkretnego smaku. Na języku zostaje osad. Fajnie konfrontować się z historiami ludzi, którzy są tylko takimi małymi figurkami na horyzoncie. Takie tam ludziki. Miśki żelki. Klocki lego.

Mi troszkę duszno. Zgarniam kilka książek z półek. Przydadzą się w drodze.

(A wyjeżdżam znów. W tym samym towarzystwie, ale do Serbii. Wracam do korzeni.)

PS

Z krytycznych tekstów polecam świetny, jak zawsze KIERUNEK BAŁKANY! Jedyny tekst, który zajął się ostrym (i ciekawym) rozbiorem „Po prostu” na czynniki pierwsze, a nie tylko emocjonalnym wołaniem o pomstę! Błyskotliwa odtrutka. Mam wielką nadzieję, że udostępnianie na facebooku świetnych tekstów Kamila Karczewskiego będzie teraz już regularne wszak nie pierwszy raz porusza temat Albanii i Bałkanów.

 

Tłumacz i walcz

W ciągu ostatniego miesiąca zaniedbałam pisanie, ale z bardzo ważnych powodów, o których będę jeszcze pisać wielokrotnie. W drugiej połowie lutego odwiedziłam Albanię z ekipą telewizyjną. Moja funkcja była prosta „tłumacz i walcz”.

Okolice Kukes

Okolice Kukes

Jestem szczęściarą, bo mogę dzielić się na blogu nie tylko opowieściami, że do pracy przychodzę na dziesiątą, piję kawę i ogarniam ploteczki, ale pokazać pewien kawałek fascynującej rzeczywistości. W sezonie na pewno moje opowieści będą wzbogacone o kilka mocnych historii, o których nie usłyszą Państwo gdziekolwiek indziej :)

Przemierzyliśmy naprawdę kawał Albanii w poszukiwaniu ludzi, którzy będą chcieli opowiedzieć nam swoją tragiczną historię… pomyśleć, że ta przygoda zaczęła się od zwykłej wiadomości na facebooku. Nagle znalazłam się w moim ukochanym kraju już nie tylko jako rezydent turystyczny, ale również jako rezydent – insider, który pokazuje nie same zabytki, ale wchodzi ludziom w życiorysy.

 

Okolice Permetu

Okolice Permetu

To co widziałam opiszę w kilku artykułach. Opowiem o temacie bardzo popularnym w kontekście Albanii czyli zemście krwi. Poznałam wiele, przerobiłam Kanun w praktyce, patrzyłam w oczy człowieka, który zabił i rozmawiałam z takimi, którzy nie potrafią wybaczyć. A w okół ta pierwsza bałkańska wiosna, surowe górskie krajobrazy i mocna raki.

Dziś jeszcze na zachętę kilka krajobrazów, a już niedługo będę mogła opowiedzieć o tym czym jest „gjakmarrja” oraz jak od kuchni robi się telewizję :)

Peze Helmes - okolice Tirany

Cmentarz w Peze Helmes – okolice Tirany

 

Miasto tysiąca ikon

Berat, jako Miasto Tysiąca Okien zostało opisane przez wielu blogerów i podróżników. Jednak, jako miasto tysiąca ikon przez niewielu. Może wynika to z faktu, że Muzeum im. Onufrego znajduje się w głębi twierdzy. Przy jednej z wąskich uliczek, za pokaźną, ale może trochę niepozorną bramą.

Nie przyjmuję argumentów, ze ktoś nie przepada za takimi przybytkami jak muzea! To miejsce jest jednym z najciekawszych i najpiękniejszych w całej Albanii. Każda znajdująca się tam ikona powinna być argumentem przemawiającym za tym żeby tam zajrzeć.

Miasto jest bardzo charakterystyczne. Słynie również z doskonałych win!

Miasto jest bardzo charakterystyczne, a ten widok jest jednym z najbardziej popularnych ujęć.

Białe miasto, którego historia sięga najprawdopodobniej nawet Epoko Brązu słynie z charakterystycznej i świetnie zachowanej tureckiej zabudowy oraz górującej nad miastem rozległej twierdzy. Nie przesadzę również, jeśli powiem, że jest to „centrum” prawosławnej sztuki sakralnej. Muzeum im. Onufrego powinien odwiedzić każdy, kto próbuje poukładać sobie w głowie albańską kulturową układankę oraz wszyscy miłośnicy miejsc pięknych.

Muzeum im. Onufrego

Muzeum im. Onufrego

Zwiedzanie należy zacząć od Katedry Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, której znaczna część została zaadaptowana żeby służyć ekspozycji ikon oraz przedmiotów liturgicznych. Jednak najpierw warto zobaczyć wnętrze samej świątyni, która została pozbawiona swoich „sakralnych właściwości” i dzięki temu możemy odwiedzić najbardziej tajemnicze miejsce czyli „Królestwo Niebieskie”. Znajduje się za ikonostasem, który mnie za każdym razem zachwyca. Opisywanie poszczególnych części tego złożonego dzieła, jego symboliki jest dla mnie wyzwaniem.

Muzeum im. Onufrego

Partyzanckie zdjęcie ikonostasu (autor nieznany)

Ikonostas został wprowadzony do Kościołów Chrześcijańskich po Siódmym Synodzie w okolicach ósmego wieku. Synod przywrócił ikony w Kościele i niezbędne stało się miejsce, gdzie można je umieścić. Ten znajdujący się w monastyrze jest jednym z szczytowych osiągnięć mistrzów rzeźbiarstwa. Wykonany z drewna orzechowego i pozłacany jest wykwintną oprawą dla ikon.

Najważniejsze w ikonostasie są Ikony Namiestne – największe i ułożone według określonego schematu. Cztery ikony umieszczone po obu stronach tzw. wrót carskich w każdym kościele prawosławnym będą miały ten sam porządek. Po prawej stronie znajdują się ikony Jezusa Chrystusa Pantokratora (Wszechmocnego) i Jana Chrzciciela, natomiast po lewej stronie znajdują się ikony: Matki Boskiej oraz Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny czyli ikony, która przedstawia pod jakim wezwaniem jest Katedra.

Ikonostas i mała ja.

Ikonostas i mała ja. Trochę jestem niewyraźna przy tym oprowadzaniu, ale tło robi wrażenie!

Za najciekawszą uznaje się ikonę Matki Boskiej z Dzieciątkiem, które artysta umieścił nie tradycyjnie po lewej, ale po prawej stronie. Ta oraz ikona Jezusa Chrystusa Pantokratora są autorstwa samego mistrza Onufrego. Właśnie ta postać jest kolejnym argumentem żeby odwiedzić muzeum w Beracie. Był to żyjący w XVI wieku pisarz ikon. Pochodził ze środkowej Albanii i jego prace można odnaleźć rozsiane również w Macedonii czy Grecji. W swojej twórczości był nowatorski i odchodził od tradycji bizantyjskiej. Historycy sztuki twierdzą, że jego prace miały w sobie więcej dynamiki i „światła”.

Co ciekawe Onufry nie jest tylko lokalnie znanym artystą, którym jarają się tylko tacy zapaleńcy jak ja. Kolor, który sobie najbardziej upodobał i który stworzył został nazwany „czerwienią Onufrego”. Nazwa ta funkcjonuje w artystycznym świecie i pierwsi użyli jej Francuzi. Interesujące jest również to, że po dziś dzień badacze głowią się jak artysta tworzył taki barwnik.

Więcej jego ikon możemy zobaczyć w pomieszczeniu, które łączy się z Katedrą. Ekspozycja muzealna to 173 eksponaty wybrane spośród 1500 obiektów należących do zbiorów, które pochodzą z albańskich kościołów i monastyrów. z czego: 106 to ikony, a 67 to obiekty liturgiczne. Niestety z powodu braku odpowiedniego miejsca pozostałe dzieła nie mogą być wystawione.

Wróćmy na chwilę do wnętrza Katedry i przekroczmy granicę czyli odwiedźmy znajdujące się za ikonostasem Prezbiterium. Jest to miejsce, do którego nie ma dostępu nikt poza kapłanem. Surowo wstęp wzbroniony jest zwłaszcza kobietom. Jednak w Beracie możemy swobodnie zobaczyć to zakazane miejsce.

Akurat tam były ukryte tzw. Purpurowe Kodeksy – coś co stanowi unikat na skalę światową. Aktualnie znajdujące się w Tiranie greckie zapisy Nowego Testamentu pochodzą z VI oraz z IX wieku. Nazwa pochodzi od nasączonych czerwonym barwnikiem stron. Codex Beratinus oraz Codex Beratinus II znajdują się w wąskiej grupie „siedmiu purpurowych kodeksów” Pozostałe pięć jest w Anglii, Włoszech, Grecji oraz Francji.

Codex Beratinus żródło: wikipedia.org

Codex Beratinus Zdjęcie: wikipedia.org

Wstęp nie kosztuje dużo, raptem 300 leków i jeśli jesteśmy w Beracie, moim zdaniem, możemy poświęcić chociażby pół godzinki i odwiedzić mistrza Onufrego. Zbierałam się chyba rok żeby opisać to miejsce. Za każdym razem czegoś mi brakuje, coś bym dodała… Jednak, jeśli skupiłabym się na każdym szczególe tak, jak staram się to robić na wycieczkach, powstałby tekst niestrawny i pewnie nudnawy.

Chodzi mi bardziej o zachętę i pokazanie Beratu nie tylko z perspektywy urokliwych uliczek dzielnic Kalaja (dzielnica w obrębie twierdzy) czy Mangalem (dzielnica poniżej twierdzy) lub tysiąca okien Goricy (dzielnica po drugiej stronie rzeki Osum).

Po zwiedzaniu warto skosztować lokalnej kuchni, która jest przede wszystkim mięsna. W tradycyjnych niewielkich lokalach można zjeść jajecznicę z móżdżkiem czy grilowane podroby jagnięce. Pamiętajmy też, że Berat słynie z bardzo dobrych win!

Jeden z najpopularniejszych widoków z twierdzy. Monastyr Świętej Trójcy.

Jeden z najpopularniejszych widoków z twierdzy. Monastyr Świętej Trójcy.

Podobno Emir Kusturica chciał nakręcić w Beracie ekranizacje słynnej powieści Ivo Andricia "Most na Drinie". Wojna w byłej Jugosławii pokrzyżowała jego plany.

Podobno Emir Kusturica chciał nakręcić w Beracie ekranizacje słynnej powieści Ivo Andricia „Most na Drinie”.

Wiele osób zastanawia się do kogo należy ta głowa. Oto rzymski cesarz Konstantyn Wielki. źródło: panacomp.net

Wiele osób zastanawia się do kogo należy ta głowa. Oto rzymski cesarz Konstantyn Wielki. Zdjęcie: panacomp.net

Na koniec chwila autopromocji :) Jeśli zawędrują Państwo do Muzeum Narodowego im. Onufrego warto poprosić przy kupnie biletu o wydrukowany mini-przewodnik, którym można posiłkować się w trakcie zwiedzania. Proszę ciepło o mnie pomyśleć jeśli otrzymają Państwo polską wersję… jestem jej tłumaczką :)

Na entuzjastyczne przyjęcie zawsze mogę tam liczyć :)

Na entuzjastyczne przyjęcie zawsze mogę tam liczyć :)

Dla wielbicieli ikon - najlepsza pamiątka z Beratu.

Dla wielbicieli ikon – najlepsza pamiątka z Beratu…

...pięknie ilustrowany album z ikonami oraz historią samego miasta. Moja biblia, z której się przygotowuję do pracy. Kosztuje ok 20 euro, ale moim zdaniem warto!

…pięknie ilustrowany album z ikonami oraz historią samego miasta. Moja biblia, z której przygotowuję się do pracy. Kosztuje ok 20 euro, ale moim zdaniem warto! Zwłaszcza, że książka dostępna jest po angielsku.

Luźne wątki

Dość dużo piszę na blogu o literaturze bałkańskiej, najwyższy czas zająć się tak zwaną „dziesiątą muzą”. Filmów z tego regionu jest bardzo, bardzo dużo i niektóre są wprost genialne. Nie przepadam za opowieściami zachodniej Europy albo co gorsze Ameryki o Bałkanach. We wszystkich tych filmach jest jakaś miałkość, brakuje mi często klimatu, którego obrazy serbskie lub bośniackie mają czasem „aż za dużo”. Potrafią być melancholijne, wprost dołujące, zabarwione czarnych humorem i dramatyczne w swej wymowie. „Grbavica” czy „Jej droga” pokazują współczesną Bośnię. „Klip” czy „Rane” szokują szkicując Serbię. Są wśród nich tytuły, które zahaczają o wojnę w byłej Jugosławii oraz takie, które zupełnie nie mają już z nią nic wspólnego. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o nieśmiertelnym już Kusturicy, którego dokonania kocham i nienawidzę. Warto od czasu do czasu przenieść się na Bałkany poprzez filmy. Przyznaję, że często są rozdzierająco smutne. Strasznie żałuję, że albańskie filmy nie są w Polsce znane… bo ciężko znaleźć nawet ich polskie tłumaczenia. Może kiedyś sama się tym zajmę. Kinematografia albańska, jednak to zupełnie inny temat. Ja pójdę dziś trochę w inną filmową stronę. Wątki albańskie odnalazłam w trzech doskonałych bałkańskich filmach, które są naprawdę warte polecenia. Zaczniemy od komedii, która dosłownie skradła mi serce czyli „Posterunku granicznego”. Wiążą się z nią niejasne do końca studenckie wspomnienia (Moniko! jak tu jesteś proszę przypomnij mi jak to z „Karaulą” było!) oraz miłość do diabelsko przystojnego Sergeja Trifunovicia, który później zagrał w obrazoburczym i skrajnie szokującym „Serbskim filmie”. Pozwolicie, że w streszczeniu zacytuje samą siebie z dawnych czasów, kiedy wrzuciłam trochę treści na filmweb.pl jako vatra:


W maleńkiej jednostce wojskowej na granicy jugosłowiańsko – albańskiej kolejna generacja żołnierzy w niesamowitej nudzie czeka na zakończenie służby wojskowej. Wszyscy odliczają dni do chwili kiedy będą mogli zrzucić mundury. Jest wiosna 1987 roku, nikt nie spodziewa się tego, że niedługo ktoś znów ich powoła i karze brać udział w wojnie. Pamiętajmy, że są to ostatnie dni państwa, które nazywało się Jugosławia. No, ale wtedy nikt nie mógł o tym wiedzieć… Codzienny żołnierski żywot zostaje zakłócony przez niezwykłe okoliczności. Sfrustrowany i wiecznie pijany porucznik Safet Pašić odczuwa dziwny ból w pachwinach. Na pomoc wzywa jedynego lekarza odbywającego aktualnie służbę- Siniše. Ten stwierdza, że pacjent ma syfilis. Pułkownik ze strachu przed żoną, która z pewnością odkryje prawdę postanawia nie wracać do domu. Okłamuje wszystkich, że Albańczycy przygotowują się do wojny z Jugosławią. Farsa przemienia się w wojenna psychozę: żołnierze zaczynają kopać rowy, Pašić z dnia na dzień traci nad wszystkim kontrole, Siniša wplątuje się w niebezpieczną miłosną przygodę z żoną jednego z oficerów, a jego najlepszy przyjaciel Ljuba  planuje opuścić armię… Film opowiada o przeszłości bez nostalgii i nienawiści. „Karaula” jest komedią mówiącą o ludziach którzy znaleźli się o krok od tragedii.


Najciekawszy dla mnie jest wątek strachu przed tymi „po drugiej stronie”, a w rzeczywistości nie stanowiącymi zagrożenia. Dodatkowo kilka smaczków, w tym kultowa scena z niezwykle entuzjastyczną wypowiedzią porucznika Pasicia na temat Envera Hoxhy. Kolejna pozycja również odnosi się do wojny, ale już innej. Tłem filmu „Zanim spadnie deszcz” jest konflikt albańsko-macedoński, który przybiera formę bardzo kameralną. Mamy więc szeroką scenę konfliktów trawiących Bałkany, na której występuje tylko kilka postaci. Film jest podzielony na trzy, splatające się ze sobą, części, których chronologia jest zaburzona. Musimy się przygotować na sceny przemocy wynikającej z bezmyślnej nienawiści oraz na poczucie ogromnej niesprawiedliwości, które będzie nam towarzyszyć jeszcze długo po zakończeniu oglądania tego filmu. Pierwszy fragment opowiada o mnichu oraz ukrywającej się w klasztorze młodej Albance. Druga część rozgrywa się w Londynie i wydaje się początkowo oderwaną od bałkańskich realiów historią związku fotografa Aleksandra i Anny. Trzecia odsłona to jego powrót w rodzinne strony, do Macedonii. Ostatnia historia staje się wyjaśnieniem pierwszej i zatacza koło, które… nigdy nie jest okrągłe. Tu również w obsadzie, jest jedna z moich bałkańskich miłości: Rade Serbedzija. Udało mu się zaistnieć w szerszej świadomości kinomanów, gdyż regularnie grywa w zachodnich produkcjach. Najczęściej ruskich mafiozów. Jednak zagrał również w drugiej części kultowej już „Uprowadzonej”… albańskiego mafioza. Nie mogę się powstrzymać żeby nie przypomnieć tego „dzieła”! Nawet dla rozluźnienia. Ostatni film „Besa” rozgrywa się w zupełnie innych czasach niż dwa pozostałe, jednak tematyka pozostaje jakby ta sama. Jest to oparta na faktach historia trójkąta słoweńsko – serbsko – albańskiego. Widzimy wybuch I Wojny Światowej. Filip – dyrektor wiejskiej szkoły położonej, gdzieś na południu ówczesnej Serbii zostaje powołany do wojska. Musi zostawić swoją żonę w wrogim i obcym środowisku. Na domiar złego jego małżonka jest Słowenką czyli pochodzi z Austro-Węgier. Nikt nie chce się nią zająć oprócz woźnego – Albańczyka Azema, który składa Filipowi obietnice czyli tytułową besę. Obcy będzie chronił obcego. Chwilami film jest zabawny, chwilami wręcz naiwny. Jednak ujmuje mnie ta rozczulająca relacja tej egzotycznej pary. Wykształcona Słowenka i prosty Albańczyk stają się sobie niezwykle bliscy. Wielkie brawa dla absolutnego króla kinematografii ‚bałkańskich’ czyli Miki Manojlovicia, który jest aktorem totalnym. To jak zagrał Azema przyprawia mnie o zawrót głowy i dosłownie wzrusza. Poprzez kilka charakterystycznych gestów zbudował naprawdę wiarygodną postać. Ktoś kto zna trochę Albańczyków uśmiechnie się widząc chociażby scenę „albańskiego zaprzeczania” ;) Może wydawać się, że to takie stereotypowe ukazanie prostego Albańczyka (Znów prostego! Znów z gór!). Nic bardziej mylnego – to właśnie on okazuje się być postacią najjaśniejszą i najmądrzejszą. Trzeba przyznać, że film należy do niego! Filmy powyżej to tylko przystawka. Mam nadzieję, że udało mi się rozbudzić Państwa apetyt :)

Trudne pięknego początki

Nie lubię dużo czasu poświęcać wspominaniu. Zawsze byłam za leniwa na segregację zdjęć, tworzenie albumów czy spisywanie relacji krok po kroku. Dlatego większość moich opowieści o Bałkanach to przede wszystkim anegdoty, krótkie odczucia, mocne akcenty.

Wizyta w radiu Luz w audycji Kocioł Bałkański nastawiła mnie super pozytywnie i w głowie pojawiło się dużo wspomnień. Ze względu na to, że Patryk – prowadzący – pytał mnie jak to wszystko się zaczęło. Jak wyglądała moja pierwsza wizyta w Albanii – zanim jeszcze zaczęłam tam pracować? Zarówno dla tych co słuchali oraz tych co wolą słowo pisane trochę o moich początkach :)

Pierwszy raz, można powiedzieć, że jeszcze turystycznie w Albanii byłam w 2009 roku. Za sobą mieliśmy luzacki Belgrad, rozgrzane jak patelnia Skopje, kompletnie opętany sezonem Ochryd. Albania miała być na chwilę – nie planowaliśmy nawet noclegu. Złożyło się kompletnie inaczej niż początkowo zamierzaliśmy.

IMG_0411

Wtedy pierwszy i ostatni raz mieszkałam w Albanii w hostelu. Dlaczego? Bo dla Albańczyków pojęcie hostelu jest dość egzotyczne. Nie istnieje tam typowa „kultura” hostelowa, bo wszędzie można znaleźć bardzo tanie noclegi w zwykłych hotelach. Często Albańczycy nadają swojemu przybytkowi nazwę hostel dla tak zwanego bajeru, bo wiadomo, że przeciętny „backpackers” do hotelu będzie się bał nawet podejść, a do hostelu popędzi. I pewnie jeszcze przepłaci.

Nie wiem czy przepłaciłam czy nie. Popędziłam szukać w blokowisko, a moi współtowarzysze zostali w lokalu z widokiem na pomnik Chopina… Ile w tej okolicy od tego czasu się zmieniło. Fryderyk stoi jak stał, ale w okół pojawiły się fantastyczne miejsca, gdzie można wypić kawkę lub piwko. Spacer po parku w kierunku jeziora był kiedyś błądzeniem w krzakach po ciemku, którego zwieńczeniem było coś pomiędzy cygańskim targiem, a odpustem. Na brzegu sztucznego jeziora stały koślawe restauracje, gdzie buszowały koty. Tam właśnie zjadłam słynną deskę serów, o której kilka przynajmniej razy już pisałam.

Nie będę zanudzać nikogo opowieściami jak oglądałam piramidę Hoxhy czy plac Skanderbega :)

Piramida Hoxhy

To auto do tej pory krąży po Tiranie :)

To auto do tej pory krąży po Tiranie :)

Oczywiście wrażenie zrobił na mnie ruch drogowy, gdyż jechaliśmy autem moich rodziców, a jeszcze do tego kilka miesięcy wcześniej miałam niewielką samochodową kraksę. Mimo niesamowitej porcji stresu jednak zdarzyło się coś co przesądziło moją przyszłość.

Też już o tym wspominałam. Tyle razy, że aż wstyd.

Wypowiedziana została na albańskiej ziemi BESA czyli honorowa obietnica, która determinuje ludzki los.

„Ej podoba mi się! Ja tu jeszcze kuuuuurrr….. wrócę”

Nie brzmiała może zbyt podniośle. Myślę, że jednak była wystarczająco konkretna.

Do Vlory wtedy nie pojechaliśmy mimo, że przewodnik wspominał o tym, że tam zaczyna się najładniejsza część wybrzeża. Jechaliśmy do Czarnogóry, gdzie musieliśmy zgrać się ze współtowarzyszami. Z tego wszystkiego przegapiliśmy zjazd do Kruji, ale to był czas, kiedy bardziej interesował mnie królewicz Marko niż Skaderbeg.

Szkodra zachwyciła mnie widokiem z Twierdzy Rozafy, ale jako miasto raczej odrzuciło. Tak jest po dziś dzień. Związane jest to również z kilkoma antypatycznymi mieszkańcami tego miasta, których dane było mi poznać. Szkodra w mojej głowie zapisze się jako stolica kombinatorów oraz drobnych cwaniaczków. Bardziej brudne i bardziej brzydkie niż reszta kraju.

Dodatkowo jakimś cudem pojechaliśmy na inne przejście graniczne niż chcieliśmy i zamiast w Ulcinju wylądowaliśmy w okolicach Podgoricy. Dramatu nie było, ale niepokój związany z zaskakująco dłużącą się trasą jest uczuciem, które burzy mój spokój po dziś dzień. Dlatego nie zapamiętałam nic ciekawego oprócz spalonej słońcem ziemi. To również wryło mi się w głowę. Czerwona, sucha ziemia i OCZYWIŚCIE bunkry. Ten krajobraz niczym z filmów science fiction jednak nie zdominował mojego postrzegania kraju, o którym nie wiedziałam wiele, ale w którym czułam się tak samo dobrze jak w innych częściach bałkańskiego wszechświata.

DSC_8399DSC_8463DSC_8417

Teraz jak oglądam zdjęcia z tamtego wyjazdu nie są zbyt ciekawe ani odkrywcze. Składają się w historię o mercedesie i kobiecie z córką na pace ciężarówki. O spalonym słońcem mieście i kurzu. Nie do końca wiadomo o co w tej historii chodzi. Gdzie jest jej początek czy koniec. Brakuje myśli przewodniej.

Takich opowieści o wędrówkach jest setki na blogach podróżniczych. Takich podróży również. Jednak z dumą mogę stwierdzić, że udało mi się wyjść poza schemat!

Najpierw ARTYKUŁ, którego byłam „matką chrzestną” i znalazły się w nim moje wypowiedzi. Dodatkowo był to jeden z niewielu pozytywnych tekstów o Albanii w polskiej prasie w ostatnich latach.

Natomiast w ostatnią niedzielę byłam gościem Kotła Bałkańskiego. Wspominałam o tym już na samym początku, a teraz czas na prezentację. Jeśli ktoś ma ochotę usłyszeć mój głos opowiadający o Albanii zapraszam. Jak chodzi o plany to nie wszystko…. jeszcze mam coś w zanadrzu ;)

KOCIOŁ BAŁKAŃSKI

Ja oraz wspaniały prowadzący Patryk Osuch w samym środku KOTŁA BAŁKAŃSKIEGO!

Ja oraz wspaniały prowadzący Patryk Osuch w samym środku KOTŁA BAŁKAŃSKIEGO!

Bardzo dziękuję zarówno za zaproszenie jak i fantastyczne reakcje na samą audycję!

Na koniec świeżutki mail dotyczący audycji, który całkowicie mnie rozbroił :) Przyjmuję wyzwanie!

mail