Bałkańskie kociołki

Od dwóch tygodni albańskie i serbskie media huczą. Huczą o czymś co dla nas Polaków było kuriozum, wydarzeniem ciekawym aczkolwiek nie takim żeby zbyt długo się nad nim zastanawiać. Osobiście ja cieszę się jak coś się dzieje wokół Bałkanów. Czasem i według zasady – niech gadają! Nawet źle.

Wszystko zapowiadało katastrofę. Na stadionie w Belgradzie, w samym sercu Serbii miał rozegrać się mecz z… Albanią. Brzmi jak początek filmu s-f. No i jak taki film się skończyło. Otóż mecz został przerwany przez… drona. Ten niewielki, nowoczesny i bardzo trendy gadżet pojawił się na niebie, tuż nad głowami piłkarzy. Może nie byłoby afery, gdyby nie fakt, że przyczepiona była do niego wielka flaga z mapą mitycznej Wielkiej Albanii.

Jeden z serbskich piłkarzy ją szarpnął, albański piłkarz go szarpnął, że ten szarpnął flagę… no i prawie do głosu doszły pięści i sztachety. Mecz przerwano. Obciach na całą Europę. UEFA złapała się za głowę. A moja ściana na fejsie zadrżała w posadach.

Tyle mogliśmy widzieć w mediach. Komentarzy wielkich nie było, bo niewiele osób interesuje się Bałkanami. Może i dobrze, bo chyba dostałabym globusa jakby rozpoczęły się analizy gadających głów. Zasada w mediach jest dość prosta – bardziej czytelne są media serbskie, bo znawców albańskiego jak na lekarstwo. Taka prawda.

Dlatego też Albańczycy rozpoczęli dość nierówną walkę w social mediach. Przede wszystkim należało przedstawić tło wydarzeń. Bardzo popularny stał się przetłumaczony na język angielski tekst o siedmiu rzeczach, o których w związku z tym meczem się nie mówi. Przede wszystkim nikt nie koncentrował się na nienawiści serbskich kibiców, która objawiała się m.in. okrzykami, że „szcziptarów” trzeba ubić. Nie mówię już o rzucaniu ciężkimi przedmiotami we wszystko co było oznaczone czarnym orłem. Atmosfera nie sprzyjała raczej pokojowej atmosferze.

No i albańskie chłopaki wpadły na moim zdaniem genialny pomysł z dronem.

Mówcie co chcecie, ale była to najbardziej pomysłowa manifestacja swoich poglądów, którą widziałam na jakimkolwiek stadionie. Mimo, że nie do końca mi z nimi po drodze. Niezależnie od kraju nie wierzę w żadne idee megalomańsko-nacjonalistyczne. Na równi mam w nosie Wielką Albanię, Wielką Serbię czy Polskę od morza do morza. No tak mam koniec i kropka.

Flaga tak mocno ubodła Serbów ze względu na wizerunek Albanii, do której należy m.in. Kosowo (oraz część Czarnogóry i Macedonii związanej z mniejszością albańską). A Kosowo to najmocniejszy punkt zapalny między tymi krajami. Natomiast dwóch panów, których sylwetki dumnie flagę ozdabiały to Ismail Qemali nazywany ojcem niepodległości Albanii oraz działający w tych samych czasach Isa Boletini, który związany jest również z walką o Kosowo. Oraz napis Autochtoni, które odnosi się do ludności rdzennej, w domyśle albańskiej.

Za dużo tej polityki.

UEFA ukarało Albańczyków oddając mecz Serbii walkowerem. Natomiast Serbowie i tak zostali bez punktów w klasyfikacji generalnej. Obie strony czują się pokrzywdzone. Albańczycy jak na naród uważany za dziki popisał się znajomością najnowszych technologii co niezmiennie będzie mnie cieszyć. A Serbowie? Sorry, ale mieli prawo się wściec.

Każdy znajomy Albańczyk (i nie tylko) wie, ze Serbów uwielbiam i uważam, za najpiękniejszy naród w Europie. Co więcej lepiej mówię po serbsku niż albańsku co czasem jest różnie postrzegane. Jednak kilkukrotnie już usłyszałam wśród najbliższych mi znajomych, że Serbowie to naród z silnym charakterem, że to twardzi faceci i… trzeba ich szanować. Usłyszeć coś takiego po albańsku? Bezcenne.

Kiedyś w jednym z hoteli, w których we Vlorze pracuję mijałam bez słów pewne małżeństwo. Nie byli to moi turyści, więc kiwałam tylko im grzecznościowo i delikatnie się uśmiechałam. Któregoś wieczora próbowali po angielsku dogadać się z jednym z chłopaków z obsługi. Sytuacja była tak dla wszystkich skomplikowana (a przynajmniej tak mi się wydawało), że postanowiłam skrócić ich męki. Nagle  w tym szalonym tłumaczeniu usłyszałam znajomy mi język. Byli to Serbowie, którzy do Vlory przyjeżdżają od kilku lat na wypoczynek. Nie do bliższej im przecież Czarnogóry, ale właśnie do Albanii. Na pohybel stereotypom. Na pytania dotyczące właśnie kwestii politycznych śmiali się i mówili wprost, ze nic ich to nie obchodzi. Żyli w kraju, którego już nie ma, przeżyli wojnę, strach i chyba właśnie dlatego mogli oderwać się od stereotypów. Co ciekawe te same doświadczenia niektórych zbliżyły do nienawiści.

Echa nadal słychać. I w Serbii i w Albanii. Edi Rama (którego brat został oskarżony przez Serbów o zorganizowanie prowokacji ze względu swoją obecność na meczu) stanął murem za kibicami i zapytał swoich fanów czy ma w ogóle jechać do Serbii na planowaną od dawna wizytę. Serbska gwiazda rocka wypowiada się dość brutalnie o Albańczykach na łamach bardzo popularnego portalu. Tirana po meczu zamieniła się w arenę wielkiej manifestacji albańskich uczuć nacjonali….. narodowych oczywiście, a kilka dni później we Vlorze na meczu znów pojawił się dron wzbudzając ogromny aplauz.

Tak to się kręci. Długo myślałam jaka będzie najlepsza ilustracja dla wpisu i szukałam filmików z dronami i flagą… tyle, że po co? To wszędzie gdzieś było zwykle z komentarzem za lub przeciw.

O Albanii opowiadam często i z miłością.

Czas w tym całym zamieszaniu zatrzymać się nad niesamowitym krajem z niesamowitymi ludźmi czyli nad Serbią.

A tak dla przypomnienia dla wszystkich, którzy myślą o Bałkanach totalnie :)

 

 

 

Polska okupacja

To co przez ostatnie miesiące działo się w moim życiu jest trudne do opisania „ot tak”.

…i tak powinnam skończyć notkę, ale już tyle razy byłam ganiona za brak wpisów przez czytelników, że nie mogę odpuścić. A po tak długiej przerwie bardzo trudno jest wrócić do pisania. Nie z lenistwa czy zmęczenia. Bardziej ze względu na pogoń myśli i brak możliwości posegregowania wszystkich tematów, które narodziły się podczas nieobecności.

Z perspektywy zawodowej na pewno był to najtrudniejszy, ale i najlepszy sezon jaki przeżyłam. Mogłam obserwować Albanię tysiącem oczu. Czasem grunt był podatny i słyszałam, że mimo ogólnie panującej „rozpierduchy” Albania jest piękna i ciekawa. A czasem słyszałam, że to jakiś turystyczny przedsionek piekła. Nie będę opisywać sytuacji, kiedy jajka na śniadania były zimne, a słońce za gorące. To jest temat na zupełnie osobnego bloga.

Ostatnio zahaczyłam w trakcie podróży „po internetach” o teorię szoku kulturowego. Delikwent przyjeżdża do obcego kraju i zaczyna przechodzić kolejne fazy adaptacji. Jest to teorie dotycząca przede wszystkim wszelkiej maści emigrantów. Może tak wielkim słowem nie można mnie tytułować, ale jednak na część roku jestem z własnej i nieprzymuszonej woli wrzucana do bałkańskiego kociołka.

Odnajduję się w tej teorii, bo Albania odciska swoje piętno i na mnie. Jest i zachwyt, zachłyśnięcie się obcą kulturą. Moment, kiedy jako obcokrajowiec jestem taką zagubioną królewną, której wszystko wolno. Jednak królewna czasem zaczyna tupać, gryźć i rzucać się w szale kompletnego niezrozumienia. Albo Ci cholerni Albańczycy nie rozumieją mnie, albo źle zrozumieją, albo złośliwie stwierdzają, że nie da się mnie zrozumieć, bo przecież do błędu nie warto się przyznawać. Mają alibi – obca wszystkie słowa pomieszała.

A czasem mi się wydaje, że oni są obcy. Z kosmosu. Z planety, której wcale nie lubię. Planety dziwnych konwenansów i mentalności, która jawi się jak mur nie do przeskoczenia. Chyba najgorzej reagowałam m.in. na patriarchat… ale nie ten dotyczący jakiejś władzy mężczyzny nad kobietą. Władzy męskiej starszyzny nad całym wszechświatem. Poza tym cała tona megalomanii, zakompleksienia i nieumiejętności zrobienia czegokolwiek od ręki.

Czasem nawet zazdrościłam turystom, którzy pozostają w pierwszej fazie szoku kulturowego czyli w ciekawości i zachwycie…. chociaż z tym drugim to też bywa bardzo różnie.

Albania jest krajem trudnym. Nieoczywistym. Wymykającym się jeszcze z ram masowej turystyki. Jeśli chcemy zabierać turystów do Albanii nieustannie musimy mieć nad nimi piecze. A i tak zawsze ktoś się wymknie i będzie fotografował jedynie śmieci i bałagan.

To walka nierówna, bo foldery turystyczne kuszą spełnianiem najskrytszych marzeń o podróżach do krain wręcz magicznych. Wkładają do głowy potrzeby, ale i sprawiają, że świat staje się dosłowny.

Od kilku lat staram się trochę wykrzywić takie właśnie dosłowności. Połamać mity, a niektóre uwiarygodnić. Prawda jest i w folderach i w szoku kulturowym, który spotyka turystów obserwujących głębie kontrastu jaki zastają w Albanii. Tylko żeby sobie to wszystko poukładać czasem trzeba się i wódki napić i usiąść i podyskutować.

Zawsze najbardziej mnie cieszyły takie właśnie rozmowy, kiedy sama mogłam coś fajnego przekazać, ale i ukraść dla siebie czyjeś obserwacje. Bo w wymianie poglądów jest siła… Albanii właśnie. Ten kraj skłania do rozmowy i myślenia. Co można, również robić z drinkiem na leżaczku nie wysilając się zbytnio. Ciesząc się plażowaniem i wakacjami.

Jeszcze na koniec… skąd tytuł. Ilość Polaków przyjeżdżających do Albanii jest niesamowita. Nie tylko „do mnie” czy z innych biur turystycznych. Chociaż w tym roku widziałam chyba rekordową liczbę autokarów pod polską banderą. Jeżdżąc na wycieczki ciągle mijałam osobówki, motocykle, jeepy na polskich blachach.

… i jestem bardzo, bardzo dumna z tego, bo wiem, że wiele z tych osób trafiało właśnie tu w poszukiwaniu informacji. Z niektórymi miałam kontakt, a może nawet wpływ na decyzję i wybór Albanii. Bo mi tak naprawdę na tym „denerwującym miejscu”, gdzieś na południu Europy w jakiś przewrotny sposób zależy. Eh besa, besa…. (a besa to już temat na zupełnie inny zimowy tekst)

10646983_10154625061890203_4683540227940605771_n

UE i piraci

Minął prawie miesiąc bez wpisów, ale był to BARDZO intensywny miesiąc, który nie wiadomo kiedy zleciał i za chwilę będzie lipiec i jeszcze więcej roboty.

Najważniejszą informacją jaką chcę Państwu przekazać jest to, że 24 czerwca Albania uzyskała status kandydata do Unii Europejskiej co jest dużym osiągnięciem również ze względu na to, że w 2011 roku, kiedy pierwszy raz byłam w Albanii jako rezydent nie udało im się tego osiągnąć. Od wyborów w zeszłym roku nowemu premierowi udało się wychodzić ten status.O wiele łatwiej będzie mi teraz mówić o Albanii, bo w ogólnej świadomości kraj kandydujący do UE jest lepszy od tego co nie może się doprosić „zachodu” o taką możliwość.

Druga ważna informacja jest taka, że mój blog kilka dni temu obchodził urodziny :)

Nie przepadam za podsumowaniami, ale kilka słów warto napisać.

Przede wszystkim zdrożał koniak Skanderbeg ;) Teraz kosztuje mniej więcej 700 leków. Chociaż są miejsca, gdzie jeszcze można dostać go taniej.

Z krajobrazu Vlory zniknęło wiele miejsc znanych z bloga – m.in. restauracja Jezus Chrystus, która niektórych bawiła, a niektórych szokowała. Pojawiła się natomiast Piera 6, gdzie zupa rybna i owoce morza są boskie! Najlepsze mięsko zawsze będzie u Klodiego. W tych miejscach można już szukać polskiego menu – oto mój wkład w historię gastronomii albańskiej.

Turystycznie jest boom polski! Nie tylko w turystyce zorganizowanej, ale cały czas najpopularniejsze są polskie tablice rejestracyjne. To wspaniałe, że już nie boimy się Albanii i jedziemy w takie miejsce, o którym nie wszyscy myślą dobrze.

Na koniec trochę widoków, które cieszą oko. Tak można bawić się tylko we Vlorze jeśli zdecydujemy się na rejs na półwysep Karaburum. Jest to największy półwysep w Albanii, który odcina zatokę Vlory od morza i jest naturalną granicą między morzem Jońskim i Adriatyckim. Jego długość to ok 16 kilometrów i znajduje się na nim Morski Park Narodowy oraz baza wojskowa Pashaliman. Jedną z ciekawostek są jaskinie w tym najsłynniejsza pirata Hadżiego Ali, który swoją siedzibę miał m.in w Ulcinju w Czarnogórze.

A ja wybrałam się z turystami na poszukiwania jego skarbów… zamiast pirackiego rumu była raki!

DSC_5115DSC_5116DSC_5118DSC_5114DSC_5112DSC_5137DSC_5135DSC_5134

 

Nadajemy na żywo!

Wiem doskonale, że przez ostatni miesiąc zaniedbałam trochę swoich czytelników. Jednak mam nadzieję, że wszyscy mi wybaczą, bo przygotowywałam się do czegoś ważnego…

DO WYJAZDU!

Oficjalnie informuję, że od tej chwili nadaję z Albanii!

Co nowego? Ciężko mi stwierdzić jasno i klarownie, bo czuję się już tak jak u siebie – nadal są rzeczy, które mnie śmieszą, dziwią czy denerwują… ale Albania zawsze jest Albanią, a Bałkany Bałkanami. Można wierzyć lub nie, ale czas ma tu zupełny inny wymiar. Rzeczy dzieją się albo wolno, albo w mig, bez specjalnej refleksji.

Zanim przejdę do sentymentów, które zawsze są zakotwiczone w moich bałkańskich podróżach powiem, że bardzo dużo dobrego się dzieje. Na pewno będę mogła polecić kilka nowych miejsc we Vlorze. Plaża wygląda aktualnie jak po wybuchu bomby, bo jest przygotowywana  na przyjęcie turystów. Wszystko jest „orane”, sprzątane, grabione. Wygląda to jakby budowali po zimie wszystko na nowo i faktycznie w ciągu tygodnia potrafią stworzyć nowy świat – KURORT! A słowo kurort to cały worek znaczeń i rozrywek. Pojawiają się pierwsze plakaty informujące o imprezach otwierających sezon i mimo, że w ruchach Albańczyków nie ma przesadnej gorączki to wiem, że zanim się obejrzę cała układanka będzie kompletna.

A albańska układanka jest trochę bardziej skomplikowana, bo łączy w sobie pewien rodzaj dzikości kraju, który dopiero przyjmuje na swoje barki dobrodziejstwa turystyki z niesamowitą umiejętnością przyjmowania turystów „na szeroko”. Super hotele kontrastują z przaśnymi knajpami, gdzie zjesz doskonale mimo, że kelner nie jest może wyprasowany. Wypasione restauracje z kryształowymi żyrandolami nie przerażają cenami z kosmosu. Nadal na szczęście jest tanio, chociaż od 2011 roku obserwuje delikatne skoki cen i zawsze radzę – lepiej teraz, bo nagle może nastąpić wielki lot cen, który sprawi, że już nie będzie można zjeść michy małży za 25-30 zł. Może wtedy będzie jeszcze śliczniej, mniej chropowato… ale czy tak naprawdę o to chodzi? Na pewno życzę Albanii stabilizacji, również pod względem turystycznym, ale zawsze pozostaje pewien lęk, że gdzieś zgubi się ta „dusza” ten cały sens, który objawia się w osiołku na środku drogi lub krowie, która majestatycznie wędruje między blokowiskami. Jak jest luz to jest i bałagan :) A przecież każdy oczekuje luzu na wakacjach. Najważniejsze żeby ludzie przestali się bać Albanii. Szczęśliwie znam coraz więcej turystów, którzy oczywiście to i tam skrytykują, ale pukają się w głowę jak pojawia się opinia o niebezpiecznym i dzikim kraju. Ja słysząc o dzikusach zwykle zastanawiam się co by było jakbym zaczęła tak mówić o mniej lub bardziej bliskich tej osoby. Pewnie byłaby afera ;)  To kwestia „smaku”.

Wróćmy do Albanii, bo ona tu jest najważniejsza. W Tiranie miałam cudne słońce i tłumy na ulicach. Pozdrawiam przy okazji wycieczkę muzealników z Polski, którą miałam okazję w przelocie spotkać! Może ktoś z nich akurat trafi na mojego bloga.

W Tiranie coraz bardziej widać aspiracje kraju do zbliżenia się do Europy, zarówno w wymiarze UE, jak i w sensie, który jeszcze powinniśmy pamiętać z czasów, kiedy byliśmy brzydszą kuzynką ze wsi Europy Zachodniej. Tak strasznie modliliśmy się żeby przestali mówić o tym, że w Polsce białe niedźwiedzie biegają po ulicach miast i że jesteśmy złodziejami, którzy jedzą łabędzie samej królowej brytyjskiej. Pamiętam szał, kiedy otwierano pierwszego McDonalda w Warszawie i każda wycieczka szkolna musiała się tam zatrzymać! Albania teraz też przechodzi okres bezrefleksyjnego zachłyśnięcia zachodem. Wszystko co jest najlepsze ma przydomek „amerikane”. Nieskromnie powiem, że raz rzucono mi komplement „Ciebie Iza wszyscy obserwują, bo wyglądasz… no wiesz… jak z Ameryki!”. Mi osobiście wydaje się bardziej, że wynika to z tego, że jestem krótkowłosą blondynką.

We Vlorze pogoda się zepsuła. Jednak maj jest strasznie kapryśny. Mogę jednak obiecać i turyści to potwierdzą, że jak na początku czerwca zaświeci słońce to do września „nie zajdzie” na dłużej niż na pół godzinki przelotnej burzy. A to też trzeba sobie u bogów wyprosić, bo lipiec i sierpień potrafią przejść bez najmniejszego obłoczka na niebie.

Jak już wspomniałam kurort się buduje. Myślę, że nikt się nie zawiedzie, bo będzie dużo nowych miejsc i smaczków. Ja kolejny rok będę wieść żywot hotelowy… nie oszukujmy się czekałam na to, bo od krzesła można dostać „bólu dupy” :)

IMG_0330Słoneczna Tirana

IMG_0331

OTWIERAMY SEZON!IMG_0332 Jakby ktokolwiek miał wątpliwości, gdzie jestem… ;)IMG_0324Skanderbeg w pełnym słońcu!

IMG_0326Tyle słońca w całym mieście!

Amsterdam Express

Znów byłam w Amsterdamie i znów pojawił się w mojej głowie temat dość kontrowersyjny. Narkotyki już były. Dziś zajrzymy do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Moja wizyta w liberalnym raju zachodniej Europy zbiegła się również z premierą albańskiego filmu „Amsterdam Express”.

Film jest koprodukcją albańsko/ holendersko/ brytyjską i wzbudza dość duże kontrowersje. Głównie ze względu na tematykę, gdyż znów na światło dzienne wyciągany jest temat albańskiej mafii i handlu żywym towarem. Nie ma co się oszukiwać, że na Albanii nadal ciąży piętno przestępczości bardzo dobrze zorganizowanej. Albańska mafia razem z Serbską były uznawane swego czasu za najsilniejsze na Bałkanach. Z resztą nie działały tylko na tym obszarze, ale ich macki rozprzestrzeniały się na cała Europę. Ciekawe jest to, że mimo waśni politycznych te dwie mafie bardzo często ze sobą współpracowały. Takie działanie ponad podziałami. Legenda głosi, że mafia pruszkowska nie chciała mieć z nimi nic do czynienia. Jednak to wszystko to już tylko mgliste wspomnienia potęgi…

Badania z 2009 roku pokazały, że siła albańskiej mafii jest jednak wyolbrzymiona i przestępczość wśród Albańczyków w krajach zachodniej Europy rok rocznie jest coraz niższa. Dodajmy do tego przemiany społeczne, które zachodzą w samym kraju i które powodują, że znaczenie i widoczność mafii w samej Albanii stają się coraz słabsze.

Zapytałam o mafię Albańczyka, który najpierw ściemniał i ściemniał, aż w końcu powiedział, że na przełomie wieków owszem mafia we Vlorze była widoczna. Ale teraz mafiozi działają już na innych zasadach i same struktury bardzo się zmieniły. Nazywa się ich biznesmenami. Czyli w sumie tak jak wszędzie ;)

Albańczycy nie lubią tematu mafii, bo to kolejny stereotyp, z którym nie chcą być kojarzeni. To jedno. Poza tym o takich rzeczach się po prostu nie rozmawia. To jest taki trochę tajemniczy świat, który jest w podziemiu i faktycznie zupełnie nie dotyczy turystów. Przez wszystkie lata nie zdarzyło mi się żadna sytuacja, którą mogłabym skojarzyć z mafią. Gorszym problemem w Albanii jest moim zdaniem korupcja, która sprawia, że systemy mafijne tak naprawdę trzymają się w strukturach administracyjnych czy w szeregach policji, która bardzo lubi dorobić sobie na drobnych łapówkach. Podobnie rzecz wygląda na granicach, gdzie często za szybki „transfer” trzeba zapłacić i to nie tylko po stronie albańskiej. Czarnogórcy czy Serbowie też uwielbiają pobierać „bakszysz”.

Z wątków polskich oprócz studentów przemycających marihuanę w butli turystycznej pamiętam historie aresztowanej we Włoszech pary, która  przemycała narkotyki i zajmowała się ich rozprowadzaniem. Byli to Albańczyk i Polka.

W ogóle w słonecznej Italii, gdzie tradycja mafijna jest bardzo bogata temat wpływu Albańczyków na jej struktury to osobna i bardzo głęboka kwestia. Jedna z teorii mówi o tym, że wspomniany przeze mnie już Kanun czyli prawo zwyczajowe, które razem z emigrującymi Albańczykami trafiło do Włoch miało ogromny wpływ na kodeks mafiozów. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że włoską mafię stworzyli właśnie potomkowie Skanderbega.

Wróćmy jednak do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Oprócz narkotyków i broni Albania była znana z handlu żywym towarem. Różne źródła wspominają przede wszystkim o handlu kobietami z takich krajów jak Bułgaria, Macedonia czy Mołdawia. Sytuacje z „Uprowadzonej” czyli porywanie turystek czy to na terenie Albanii czy innych krajów są raczej barwnym wymysłem Hollywood. Zasada jest okrutna, ale nie pozbawiona logiki. Zmuszane do nierządu były kobiety z biednych krajów, o które nikt nie dba, o które nikt nie będzie pytał. Stąd u nas na głównych drogach tyle Ukrainek oraz Białorusinek, które też nie są przecież w Polsce dla przyjemności…

Jak pierwszy raz jechałam jako rezydent z grupą do Vlory jakiś genialny kierowca wrzucił właśnie film „Uprowadzona” do odtwarzacza. No cóż – popkultura rządzi się swoimi prawami i Marko z Tropoii będzie pojawiał się w pytaniach turystów chyba zawsze. Obok Matki Teresy to najbardziej znany Albańczyk.

Przypomnijmy sobie na koniec ten klasyk :)

 

 

 

Biurko na plaży

Od kiedy wiosna wdarła się szturmem do Polski czuję, że to już niedługo… ciężko mi wysiedzieć za biurkiem. Najciekawsze, że w moim wypadku nie chodzi ani o plażowanie, ani o wypoczynek. A właśnie o tym w sumie chciałam napisać, bo ostatnio często rozmawiam z moimi turystami, którzy za chwilę będą gościć w Albanii i mają masę pytań. Dlatego dziś znów garść typowo wakacyjnych informacji.

Na urlopie każdy chce wypocząć, wygrzać się i opalić. Ja ze względu na bardzo jasną karnację chronię się jak mogę i turyści zawsze wypominają mi to, że jestem kiepską reklamą plażowania. No cóż – taka zawodowa przypadłość :)

Wiele osób nie chce jechać na wakacje w szczycie sezonu. Tłumaczą swoją decyzję tym, że nie lubią tłoku oraz upałów.

Faktycznie w lipcu oraz sierpniu w Albanii, w szczególności w kurortach, jest bardzo dużo turystów. Zarówno obcokrajowców jak i Albańczyków, którzy uciekają z Tirany i innych większych miast nad morze. Albańczycy tłumnie zjeżdżają również z zagranicy – głównie Włoch oraz Grecji, gdzie była największa fala emigracji. Coraz częściej widzimy również tablice rejestracyjne z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwajcarii czy Austrii. Z roku na rok nas Polaków jest też coraz więcej. Z moich obserwacji wynika, że jesteśmy jedną z liczniejszych grup narodowościowych, które podróżują po albańskich drogach.

Te dwa miesiące to również czas najwyższych temperatur. To, że przekraczają trzydzieści stopni to mało powiedziane… nad morzem jest jeszcze znośnie, ale np. w centrum miasta, gdzie nie czuć bryzy jest naprawdę bardzo, bardzo gorąco. Ale w sumie po to jeździ się do tak zwanych „ciepłych krajów” żeby odpocząć od nieprzewidywalnej polskiej pogody.

Czerwiec i wrzesień to miesiące, kiedy temperatura nie powinna przekraczać magicznej trzydziestki. Jednak zdarzyło mi się i takie lato, kiedy do Albanii już w drugiej połowie czerwca przyszła fala upałów.

Przyznam, że bardzo lubię albański czerwiec, kiedy sezon dopiero się rozkręca. Jest zielono, jeszcze nie wszystko jest spalone słońcem i nie ma tłumów. Niektóre knajpki dopiero się otwierają – kurort budzi się do życia. Woda już jest na tyle ciepła, że można się kąpać, a słońce na tyle mocne, że przywieziemy super opaleniznę. Trzeba uważać żeby nie załatwić się tak jak ja! Na swój pierwszy spacer po Vlorze w czerwcu wybrałam się… bez kremu z filtrem. Zdecydowanie nie wyglądałam jak muśnięta słońcem…. raczej jak miss Piggy czy panowie, którzy raczą się trunkami na osiedlowych ławeczkach. Wieczór spędziłam pokryta pantenolem, sącząc wapno zamiast drinka z parasolką.

Wrzesień to czas, kiedy kurort powoli zasypia i wycisza się. Jest to świetny okres na zwiedzanie, ale można się również doskonale „strzaskać na mahoń”. W mniejszych miejscowościach takich jak Himara czy Ksamil we wrześniu nie widać już czasem żywego ducha, a tętniące życiem, jeszcze przed dwoma tygodniami kawiarnie i knajpki są pozamykane na cztery spusty. Obrzeża Vlory też zaczynają się wyludniać, więc jak ktoś zatrzyma się w hotelu z dala od centrum naprawdę może mieć wypoczynek od cywilizacji. Nie ma już tak wielu busików, które jeżdżą do samego centrum, niektóre restauracje też już zaczynają się zwijać. Wiem o tym doskonale mieszkałam kiedyś na przedmieściach Vlory i myślałam, że się zanudzę. Zazwyczaj jak słyszymy, że hotel znajduje się w spokojniejszej części tego miasta oznacza to, że mamy do czynienia z obiektem, który znajduje się minimum 10-15 kilometrów od centrum, a nawet najbliższego spożywczaka. W samej Vlorze nadal normalnie funkcjonują dyskoteki, restauracje i kawiarnie.

Jedne z najczęściej zadawanych pytań dotyczą plażowania.

Albania ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową dzięki temu plaże nie są jednakowe. We Vlorze widać ten podział doskonale. Plaża najbliżej centrum jest piaszczysta i bardzo długa, ciągnie się od portu przez ok 4 km. Pokryta jest dość ciemnym, powulkanicznym piaskiem i przy brzegu jak są fale woda nie jest przezroczysta. Później pojawia się coraz więcej kamyczków i zaczynają się plaże kamieniste i zatoczkowe. Są bardzo malownicze, również ze względu na to, że dzięki jasnym kamieniom na dnie woda ma lazurowy kolor i jest krystalicznie przejrzysta. Nie ma tam jednak tak łagodnego zejścia jak na plaży miejskiej i są silniejsze prądy oraz fale. Jak przejedziemy pas ok 7 kilometrów znów mamy plaże z łagodniejszym wejściem do wody z drobnymi kamyczkami. I tak aż do Orikum. To dystans prawie 20 kilometrów licząc od portu – na całej tej trasie są hotele oraz restauracje przy plażach. Można podjechać busem i wrócić popołudniu po plażowaniu.

Po drugiej stronie miasta znajduje się tak zwana „stara plaża” (Plazhi i vjeter) – również piaszczysta i z łagodnym zejściem. Należy tam podjechać busem lub autobusem miejskim mijając tzw. zona industriale czyli część przemysłową miasta, gdzie znajdują się pozostałości m.in. starej fabryki oliwy, ale również elektrownia oraz rafineria. Plaża jest odgrodzona od drogi lasem piniowym i znajduje się tam cały kompleks plażowych restauracji z zimnym piwkiem i smacznymi rybkami.

Zwykle plaże znajdują się przy restauracjach i korzystając z nich trzeba wykupić leżaki. Koszt dwóch leżaków i parasola na cały dzień to 300-500 leków czyli 2-4 euro. Wszystko zależy od klasy restauracji/hotelu, miesiąca oraz widzimisię właściciela. Na ręczniczku można rozłożyć się na plaży publicznej, która znajduje się najbliżej miasta.

Czy jest czysto? A z tym różnie bywa – co jest normalne niestety, bo ludzie śmiecą. Nie jesteśmy idealnym gatunkiem i albo nam się zdarzy zakopać papierek po lodach w piasku, albo zostawić puszkę po piwku… butelkę po napoju… etc etc. Niedziela wieczorem nie będzie idealnym momentem na klimatyczne fotki na plaży, bo w weekend przewija się tam najwięcej ludzi. Plaża publiczna jest regularnie sprzątana, ale najlepiej jest jednak na plażach przy restauracjach, bo tam właściciele starają się sprzątać codziennie i dzięki temu naprawdę jest w porządku. Najciekawsze jest jednak dla mnie to, że leżaki nie są jakoś specjalnie chowane i zbierane z plaży na noc. Można dużo powiedzieć o Albańczykach, ale nie są wandalami – nie niszczą bez sensu dla samej przyjemności niszczenia.

Na koniec trochę zdjęć żeby lepiej wyobrazić sobie wakacyjny klimat :)

Summer Depo

Kalaja - Vlora

DSCN0114 DSCN0118

Tak często też wracam z centrum :) Można kawałek iść deptakiem, a kawałek plażą. DSCN0125

DSCN0131 DSCN0134

 

Panowie każdego popołudnia rozkładali się na plaży :)DSCN0260 DSCN0265 DSCN0282 DSCN0588 DSCN0591 DSCN0738 DSCN0759 DSCN0762 DSCN0766 DSCN2206

 

Wszystkie zmysły

Przyznaję się bez bicia, że do programu „Kossakowski. Szósty zmysł” podchodziłam dość sceptycznie. Jakoś te jego podróże mnie nie fascynowały. Byłam po prostu podejrzliwa. No, bo co? Przede wszystkich tych wszystkich znachorów i jasnowidzów traktowałam przez pryzmat modnego swego czasu pana „Ręce, które leczą”, który napełniał energią wodę mineralną przez telewizor. Jestem wychowana w bardzo przesądnej wiejskiej kulturze, ale to było dla mnie za wiele. Już nawet Kaszpirowski, do którego modlili się wszyscy był dla mnie podejrzanym typem ze śmieszną grzywką.

Pierwszy mój kontakt z postacią Przemka Kossakowskiego to wywiad w Wysokich obcasach, od których jestem uzależniona (proszę o tym pamiętać na turystycznych szlakach! To cienkie pisemko to dla mnie nie lada gratka!). Czytałam w tramwaju, w drodze do pracy i stwierdziłam, że to strasznie fajny koleś. Dawno się nie spotkałam z takim bezpretensjonalnym podejściem do życia. No spoko, spoko – pomyślałam poruszając chyba wszechświat. Później zadziałały te wszystkie dróżki przeznaczenia i przypadku i gruchnęła wiadomość, że nowa edycja jego programu będzie, nie gdzie indziej tylko na Bałkanach. Jak jeszcze usłyszałam, gdzieś albańskie szwargolenie w tle i hasło Kosowo to ustawiłam wszystkie przypominacze na środę godz. 21:55. Tak pięć minut wcześniej żeby już się ładnie ubrać, umalować i pojechać chociaż na chwilę na Bałkany!

Pierwsze odcinki to wizyta w Rumunii co cieszyło i wprowadzało element oczekiwania. A czekałam z wypiekami jak szalona gimnazjalistka. Cholera ile bym siły nie wkładała w to żeby oglądać wszystko profesjonalnym okiem Przemek K. mnie ujął i chyba pierwszy raz nie zbesztam kogoś o przedstawienie w tym wypadku Kosowa.

Bywa pobieżnie, irytująco skrótowo, ale jakoś tak naturalnie ten cały Bałkański świat się układa. Może dlatego, że program jest ciągłym eksperymentem na żywym organizmie prowadzącego, brak jest typowego spojrzenia z góry na „biedne kraje”. Gdzieś po drodze są wspomnienia o mafii czy wszechobecnych mercedesach, ale nie ma w tym nachalności definiowania narodu przez te symbole. Kossakowski wypada zdecydowanie naturalniej w gestach bratania się z ludźmi niż Martyna Wojciechowska, która próbowała zamknąć wielowiekową tradycję w swoim bardzo ciasnym formacie. Ona zastosowała metodę – znajdźmy temat w jakimś kraju, a później go przytnijmy tak jak nam się podoba i udawajmy obiektywizm. Kossakowski ma trochę inną metodę – nie sili się na panoramę, szukanie fundamentów. Ma konkretne przypadki, które pokazuje i całkowicie subiektywnie komentuje zostawiając sprawy kulturowe trochę z boku.

Bardzo dużo miejsca jest poświęcone gościnności i otwartości Kosowarów. Faktycznie podkreśla się to zdecydowanie w narracji i pokazuje, że Ci ludzie są fajni. Może niemodnie ubrani, z zaciętymi twarzami, ale jacyś bliscy i swojscy. Nie często zdarza się człowiek, który spojrzy na ten świat bałkański bez poczucia wyższości. Z szacunkiem. Bo zawsze chodzi o szacunek, a tego czasem brakuje przybyszom „z lepszego świata”.

A same rytuały – jedynie słyszałam o derwiszach i rytuałach samookaleczania. Inne metody chyba nie są jakieś specjalnie nowatorskie czy innowacyjne. Z resztą w Dzień Dobry TVN plastikowa Jola Pieńkowska obleczona w modny pomarańcz zaczęła wyśmiewać wiarę w dżiny i dość ironicznie podchodzić do całej sprawy. Przemysław delikatnie aczkolwiek dobitnie jej wytłumaczył to, jak ludzie świat postrzegają i że jej postawa no cóż jest… arogancka. No faktycznie mogłaby sobie Jolka troszkę o dżinach w islamie poczytać ;) Przecież od czegoś są internety i Wikipedia!

Dla ciekawych „Masakra Joli:)

Mnie osobiście zaciekawiła dwujęzyczność tej części o Kosowie. Słyszałam nieustannie przeplatające się serbski i albański pomiędzy gestami, które były znajome jakby pochodziły z południa Albanii, a czasem widziałam delikatne modyfikacje. Chyba tym się najbardziej upajałam.

Polecam Szósty zmysł nawet nie dla samych znachorów i jasnowidzów. Bardziej ze względu na prowadzącego, który z tymi ludźmi i wypije raki i zapali papierosa, ale przede wszystkim traktuje ich poważnie. To nie jest szukanie tematu na siłę ani też głębokie studium o jakimkolwiek kraju. Kossakowski pokazuje, że wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni i nie żyjemy w jakiś innych światach. Chyba fajnie udowodniono to również poprzez piękne zdjęcia oraz ostatnie spotkanie w Kosowie z niepełnosprawnym jasnowidzem. Nie wiem czy to jakaś moc tego człowieka czy dobre ustawienie kamery, ale mimo ewidentnego kalectwa Radu będzie mi się zawsze jawił jako najpiękniejszy człowiek w całej tej serii.

Może, gdzieś tkwi w tym moja naiwność, że daję się wkręcić w takie proste historie, ale mimo, że Przemkowi nieustannie podkręca się filtrami niebieski kolor oczu to jednak mu wierzę. Pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, który niezależnie od kraju zawsze wyglądać może jarmarcznie. Czasem się dziwi, czasem trochę śmieje. Ja też się śmieje i mam na sumieniu o wiele większe grzechy przeciwko narodom bałkańskim niż on. Pokazał biedne wsie? No pokazał, bo one istnieją i nie ma co się oszukiwać, że Kosowo jest jakimś eldorado. Ale to jak sfilmowany został Prizren czy Prishina, albo obrzęd derwiszów? Piękności. Uważam, że równowaga została zachowana.

I tak dziękuję za wycieczkę na moje ukochane południe.

kossakowski