Albania pod choinkę

Pierwsza mikołajkowa fala minęła, ale teraz nastał okres świątecznej gorączki.

Czas zastanowić się nad prezentami. Moje propozycje będą tradycyjnie albańskie :) Klasycznie stawiam na książki i tym razem zrobię przegląd dostępnych na polskim rynku przewodników po Albanii.

Na co dzień używam przewodników kupionych u źródeł. Korzystam z tego typu książek zupełnie inaczej, bo zawodowo. Problem z polskimi przewodnikami jest taki, że zawierają błędy i przez to trochę im nie ufam. Jednak z drugiej strony jako turysta też korzystam z przewodników i jeszcze przez jakiś błąd nie umarłam. Dlatego do tematu podejdźmy ze świątecznym luzem.

Albania. Bałkański Dziki Zachód.

Autor: Mateusz Otręba

Wydawnictwo Bezdroża

Cena: ok 35 zł

bealb1

Jedno z moim ulubionych wydawnictw. Ich przewodniki nie są kolorowe, ale są konkretne. Z Albanią poszli troszkę na łatwiznę. Przez kilka lat wydawali bardzo fajny przewodnik po całych Bałkanach, który towarzyszył mi we wszystkich tripach, które ze znajomymi organizowałam. Przewodnik po Albanii w dużej części okazał się „kopiuj-wklej” właśnie z tego zbiorowego wydawnictwa.

Przez to wiele informacji jest kompletnie przestarzała. Bzdurki w stylu opowieści o szwedzkich turystkach, które opalały się topless i miały jakieś piętrowe kłopoty z tego powodu, ceny niezgodne z rzeczywistością i abstrakcyjne zupełnie rozkłady jazdy.

Bardzo podobają mi się w tym przewodniku czytelne plany miast i nieprzegadane opisy miejscowości. Przy każdym obiekcie w nawiasie znajduje się krótkie info o cenie biletów, godzinie otwarcia etc. Ozdobiony niewielką ilością zdjęć, stawia na konkretny tekst. Książka ma format, który zmieści się do każdej torebki i nie będzie zawadzać w walizce. Na końcu posiada małe rozmówki.

Albania – Przewodnik turystyczny (seria Miejsca świata)

Autor: Tibor Dienes

Dom Wydawniczy Księży Młyn

Cena: ok 35 zł

book_id40_0_show

To pierwszy przewodnik po Albanii na polskim rynku. Najstarszy i… najnudniejszy. Czarno-biały z masą informacji oraz planów. Ułożony według tras „wycieczek”, ale napisany bardzo ciężkim językiem. Informacji jest dużo – naprawdę można dowiedzieć się z niego wiele. Format również jest bardzo praktyczny. Jednak przypomina mi to trochę taki „podręcznik do Albanii”.

Albania – Praktyczny Przewodnik.

Autor: Łukasz Gołębiewski, Krzysztof Bzowski, Grzegorz Petryszak

Wydawnictwo Pascal

Cena: ok 45 zł

albania_PP_okl_zewn.indd

Ten przewodnik mnie jakoś odrzuca. Bardzo brzydko wydany i moim zdaniem średnio nadaje się na fajny prezent. Tłumaczenie, że wybrano specjalny papier który jest lżejszy i nie męczy w ostrym słońcu oczu…. jest dla mnie trochę na wyrost. W innych przewodnikach informacji tyle samo, a może nawet więcej. Format również „cegłowaty” i nie do każdej torebki. Wcale nie jest lekki mimo tego „oszczędnego” papieru.

Albania – Przewodnik Ilustrowany.

Autor: Łukasz Gołębiewski, Krzysztof Bzowski, Grzegorz Petryszak

Wydawnictwo Pascal

Cena: ok 40 zł

Albania_PI_okl_zewn.indd

Wydawnictwo i autorzy ci sami co w przypadku poprzedniej książki, ale jest zdecydowanie lepiej. To jest książka, która może być bardzo pięknym prezentem ze względu na bardzo dużą ilość naprawdę ładnych zdjęć. Informacji jest mniej niż w innych przewodnikach, ale są praktycznie podane w przystępnej formie. Jest to propozycja dla osób, które chcą mieć ładną książkę na półce, do której można wracać jak do albumu ze zdjęciami i przypominać sobie wakacje w Albanii.

Albania. Przewodnik

Autor: Figiel Stanisław, Krzywda Piotr

Wydawnictwo Rewasz.

Cena: ok 35 zł

alb13Też bardzo dobra pozycja, w której jest naprawdę dużo informacji. Coś pomiędzy „pigułkową” formą Bezdroży, a rozwleczonymi opisami Miejsc świata. Czarno-biały, ale ładnie wydany. Format praktyczny – do torebki. Dla osób, które planują wyjazd w góry może się okazać bardzo przydatny, bo autor jest znanym przewodnikiem górskim i poświęca temu dużo miejsca i zdecydowanie ta część jest lepsza merytorycznie i ciekawsza.

Albania. Przewodnik Globtrotera.

Autor: Dawid Dudek

Wydawnictwa Globtroter.

Cena: ok 30 zł

ALBANIA PRZEWODNIK GLOBTROTERA1Wizualnie dość przaśny, ale praktyczny. Podzielony według okręgów albańskich, a nie tras. Napisany lekkim piórem, całkiem przejrzysty, ale strasznie nijaki. Kilkukrotnie czytałam fragmenty i moim zdaniem wszystko w tym przewodniku zostaje liźnięte. Tak jakbyśmy  musieli zwiedzać Albanię w biegu. Nie wiem czy akurat ten przewodnik chciałabym znaleźć pod choinką. Format torebkowy, czyli idealny w podróży. Takiej szybkiej  z plecakiem.

Mam nadzieję, ze ten szybki przegląd będzie przydatny. Jeśli jednak nie gustujemy w przewodnikach, ale chcemy kupić komuś jakąś albańską książkę polecam przede wszystkim Kadarego i odsyłam do wcześniejszych wpisów:

ISMAIL KADARE

NAJNOWSZE POWIEŚCI KADAREGO

Fajnym pomysłem mogą być również ROZMÓWKI.

… ale tak naprawdę czemu się ograniczać? Myślę, że najlepszym prezentem byłby wyjazd do Albanii :) Jak już będziemy mieli przewodnik to nic nie stoi na przeszkodzie!

Pamiętaj, abyś dzień święta święcił

Weekend obfitował w okazję do… świętowania. Co oczywiście udało mi się zaanonsować na facebooku. Jak komuś opcja Andrzejek nie wystarczała mógł się bawić „in albanian style” i wypić kilka toastów za Albanię niepodległą. I to podwójnie niepodległą.

Toast pierwszy. Dzień Niepodległości.

Wielokrotnie wspominane przeze mnie święto, które jest dla Albańczyków najważniejszym dniem w roku. Dla mieszkańców Vlory to już w ogóle coś więcej, bo tam ogłoszono niepodległość i tam odbywają się aktualnie główne obchody. Oczywiście i w tym roku odbyły się uroczystości, które na Plac Flagi sprowadziły tłumy. Moment, kiedy w pierwszej zawierusze wojen bałkańskich udało się Albanii wyrwać się spod wieków tureckiej okupacji po dziś dzień jest czymś co generuje ogromny ładunek patriotyzmu oraz dumy narodowej.

Kocie selfie z Ismailem i kolegami. (znalezione w tajnym bukrze Envera)

Kocie selfie z Ismailem i kolegami (znalezione w tajnym bunkrze Envera)

W tym roku mieliśmy okazję poznać również wizerunek ojca albańskiej niepodległości, czyli Ismaila Qemalego. Przeciętny zjadacz programów informacyjnych, jak Europa długa i szeroka, mógł podziwiać tego pana fruwającego nad stadionem w Belgradzie…

Toast drugi. Niech żyje Ismail Qemali!

Zastanawiałam się, kogo Polacy wrzuciliby na drona w takiej sytuacji. Piłsudski? Dmowski? Jan III Sobieski? Podejrzewam, że najszybciej SA Wardęga, bo patriotyzm w Polsce jest tak podzielony, że najpierw doszłoby do burdy, kłótni i referendum. A koniec, końców i tak najszybciej zareagowaliby twórcy memów i wzięli sprawy w swoje ręce.

Albańczycy z projektem słynnej „futbolowej” flagi nie mieli pewnie najmniejszego problemu…

moje niepodległościowe selfie

Moje niepodległościowe „selfie” z Ismailem i Isą ;)

Ismail Qemali był politykiem działającym w strukturach tureckich od… zawsze. Opowieść o jego życiu to opowieść o zmierzchu potęgi państwowości osmańskiej, która niezmiennie mnie pociąga, jako wierną czytelniczką Kadarego, Andricia oraz Pamuka oraz zbieraczkę opowieści o derwiszach i innych orientalnych legend. Jednak młodoturcy do władzy doszli i postanowili zburzyć dawny system otomański… przy okazji zachowując dawną ziemską własność. To się nie powiodło. Nie tylko Albania wyszła na swoje. Udało jej się to dzięki Qemalemu, który w okresie przemian i zarazem szaleństwa – już jako polityk wiekowy i stateczny – rozpoczął wzmożone działania na rzecz swojej ojczyzny. Oczywiście nie było tak, że przyjechał do rodzinnego miasta i stwierdził, że od dziś Albania będzie niepodległa. Wcześniej negocjował, godził, organizował, podpisywał. W wyniku jego działań udało się zwołać we Vlorze ogólnoalbański kongres, którego najważniejszą chwilą było podpisanie 28 listopada 1912 roku Deklaracji Niepodległości. Kilka dni później 4 grudnia powołany został nowy rząd z Ismailem Q. na czele.

W 1914 roku Qemali musiał zdymisjonować pod naciskiem sił międzynarodowych. Wyjechał do Paryża, gdzie żyjąc skromnie nadal był aktywny politycznie, ale zajmowało go przede wszystkim pisanie wspomnień, które zostały wydane po jego śmierci. Zmarł na zawał serca w trakcie podróży do Włoch, gdzie miał zająć się oczywiście agitacją w sprawach albańskich.

Żeby dodać trochę życia tej spiżowej wręcz postaci można wspomnieć, że w przypływie namiętności porwał swoją ukochaną, gdyż jej macocha nie zgadzała się na ślub. A potem żyli długo i szczęśliwie (tak zakładam, ale kusi mnie żeby to zbadać), a Bóg im w dzieciach wynagrodził. (10!)

Toast trzeci. Za Dzień Wyzwolenia (i tych co wyzwalali)

Tak jak Dzień Niepodległości w przypadku Albańczyków jednoczy, tak dnia następnego niektórzy dostają bólu głowy. I wcale nie chodzi o kaca.

Aktualnie zepchnięte trochę na drugi plan święto w czasach komunistycznych było najważniejszym dniem w roku… bo to jednak w wyzwalaniu prym wiedli komuniści, którzy bądź co bądź zgromadzili w okół siebie wielu patriotów. Bądź co bądź na ich czele stał sam Enver Hoxha.

 

Najnowszy bardzo donośny krzyk mody ze strony Hoxha Gifts!

Najnowszy bardzo donośny krzyk mody ze strony Hoxha Gifts!

Toast czwarty. Za Envera!/Na pohybel Eneverovi! (niepotrzebne skreślić)

Samemu Hoxhy  można poświęcić osobnego bloga. Ocena tej postaci jest niezwykle skomplikowana i przysparza samym Albańczykom wielu kłopotów. Z jednej strony tyran, który zamknął kraj i doprowadził ludzi na skraj człowieczeństwa. Z drugiej strony człowiek, który przewodził wspomnianemu wyzwalaniu Albanii spod okupacji faszystowskiej. Kolejny obraz pokazuje politycznego gracza, który igrał z każdym na arenie międzynarodowej. Paranoik. Reformator. Bohater. Skurwysyn.

Postać, która pojawia się na portretach w tle obchodów Dnia Wyzwolenia. W zeszłym roku Enver pojawił się nad głowami zgromadzonych w trakcie uroczystości rocznicowych. Skandal był ogromny. Edi Rama zdruzgotany, że jego zachodnioeuropejski wizerunek dostał takie tło od ludu. W tym roku wiekowi już „partyzanci” demonstrowali z Enverem na transparentach. W internecie znajdziemy stronę „ku czci” Wodza.

Hoxha hipster (komentarz zbędny)

Hoxha hipster (komentarz zbędny)

Enver we współczesnej historii Albanii pojawia się i znika. Przestaje być tylko koszmarem czasów minionych. Zaczyna być bohaterem książek, rozpraw oraz dyskusji. Wzbudza emocje, gdyż w końcu można sobie na emocje wobec niego pozwolić. Sam komunizm nie powoduje nostalgii takiej jaką widzimy w krajach byłej Jugosławii, gdzie nawet ukuty został termin „jugonostalgia” wyrażający bardzo skomplikowaną i niejednoznaczną tęsknotę za krajem, którego już nie ma. W przypadku chociażby Serbii, Chorwacji etc sprawa jest zdecydowanie inna ze względu na rodzaj komunizmu oraz krwawy rozpad kraju.

W Albanii widzę przede wszystkim silną potrzebę parcia do przodu i zwracania się w kierunku przyszłości. Albańska komunistyczna przeszłość kojarzy mi się z całkowitym rozpadem. Niszczejąca piramida Hoxhy, sukcesywnie niszczone bunkry rozpadające się i zapuszczone chińskie kombinaty czy ruskie fabryki oraz apartamentowce depczące niskie socrealistyczne bloki. Te karłowate osiedla są szpetne, pozbawione nadziei przez wieloletnie zaniedbanie. Taki właśnie jest stosunek do komuny. Wstyd i chęć pogrzebania tego za fasadą nowoczesności.

Toast piąty. Idzie nowe!

Obchody Dnia Wyzwolenia to taki wielki dzień Ediego Ramy.

Kilka dni temu otworzył nową atrakcje turystyczną czyli ogromny bunkier Envera Hoxhy. Wszyscy o tym trąbią, a artykuł z gazety.pl z mega błędem w tytule stał się wręcz kultowy (mi się już odechciało na ten temat nawet pisać – jak odwiedzę zdam relację).

Oczywiście idea jaka mu przyświeca to łączenie sztuki z historią.

Myślę, że nie przypadkowo też tego dnia przeprowadził coś na kształt wizytacji nowo powstałego Ministerstwa Integracji z UE. W tym roku Albania jednak wykonała ogromny krok w przyszłość zdobywając status kandydata.

Następnie zorganizowana m.in. przez Ministerstwo Kultury Biała Noc, której najważniejszym punktem był Festiwal Światła. Moim zdaniem świetna instalacja artystyczna wpisująca się w całą działalność Ediego Ramy. Kiedyś pomalował Tiranę, teraz zrobił to metaforycznie. Na elewacji siedziby premiera oraz prezydenta została pokazana historia Albanii w formie teatru światła, koloru oraz ciekawie skomponowanych zdjęć oraz starych filmów dokumentalnych.

Jeśli kiedykolwiek uda mi się zdobyć całą relację od razu wszystkim się pochwalę.

Później był koncert z pop gwiazdeczką, która pokazała orzełka i…

Dobranoc.

 

 

 

 

 

x

Każdy uczący się obcego języka i kultury sięga często po kulturę popularną.

Każdy turysta przyjeżdżający do obcego kraju zderza się z przebojami i gwiazdami, które później kojarzą mu się z wakacjami.

Zarówno ja, jak i wielu turystów kojarzyło łysego albańskiego rapera o charakterystycznym głosie, którego przeboje często pojawiały się w regionalnych stacjach telewizyjnych i radiowych. Z moim pierwszym sezonem kojarzy mi się piosenka nagrana przez niego wspólnie z Aurelą Gace oraz Marselem. To był dopiero przebój! Do tej pory można przy nim pobawić się w albańskich kurortach.


Ostatnio jadąc przez przełęcz Llogary rozmawiałam ze znajomym o tym jaki fajny to piosenkarz i nuciliśmy sobie „ca na ke, ca na ke”. Pamiętam, że ta piosenka kilka lat temu zwróciła moją uwagę, gdyż wyróżniała się na tle innych albańskich utworów tym, że była jajcarska. Jeszcze nic nie rozumiałam, ale podobał mi się ten śmieszny łysy grubas z piwkiem.

Kiedy jarałam się wyborami do parlamentu moim hitem był utwór wyrażający poparcie dla Ediego Ramy.

Dziś wiele osób wrzuca tą piosenkę na swojego „fejsa”. Być może dlatego, że tytuł oznacza złość, bycie nieszczęśliwym…

Dziś rano ok 10:30 w Tiranie zmarł Floran Kondi znany jako Dr Flori.

Miasto wiatru *

Tak się złożyło, że przez chwilę znów mogłam być w Albanii :)

Zawodowo, ale jednak z głową lekką, bo bez odpowiedzialności za turystów. Mogłam po prostu BYĆ. Tak trochę incognito. Udawać turystkę, czerpiąc wszystkie korzyści z tego statusu, a przy okazji odsłaniając zasłonę cieszyć się obrazem wewnętrznym.

Przyglądałam się przede wszystkim z bliska Sarandzie, która przez wielu jest przedstawiana jako najpiękniejsza, najlepsza i w ogóle naj naj naj…. Czas zmierzyć się z tym wizerunkiem, bo ja osobiście do Sarandy w pełni przekonana nie jestem chociaż, tak jak wszystko co Albańskie traktuję z odpowiednim namaszczeniem.

Podoba mi się w Sarandzie to, że daje ogromny odpór tej teorii o Albanii, jako o ziemii dzikiej i nieprzystępnej. Na pewno jest jednym z najłatwiej przyswajalnych miejsc w tym kraju.

W kurortowej atmosferze jestem zadomowiona. Znam te wszystkie przeboje, którymi żyją deptaki pełne bladych i zdecydowanie odróżniających się od Albańczyków „ludów północy”, których w Sarandzie pełno.

„No co ja poradzę, że Saranda dostała od Boga lepsze położenie geograficzne niż Vlora? Korfu przecież stąd jest na wyciągnięcie ręki” – powiedział z dużą dozą irytacji w głosie mój kolega, kiedy po raz kolejny rozmawialiśmy o Sarandzie.

Miał w pełni rację, bo bez tych wszystkich promów z Korfu Saranda byłaby nieznanym w szerszych kręgach kurorcikiem. A tak jest miejscowością, która syci się turystycznymi wydatkami bogatych Szwedów i innych przybyszów z lepiej postawionych cywilizacji, które mentalnie znajdują się lata świetlne od Albanii.

Tu się przyjeżdża już na gotowe. Bo w świecie turystycznym trochę tak jest, że są ludzie, którzy lubią tylko takie miejsca, które już widzieli. W Sarandzie jest elegancki deptaczek ze straganikami, szumem morza, naganiaczami, którzy cali drżący stoją przed restauracjami i piękną fasadą, za którą ukryte jest miasto. Na wskroś albańskie chociaż czasem udające greckie.

Ciekawe dla mnie jest to pomieszanie kultur: greckiej, albańskiej i skrótowo macedońsko-kosowskiej. Ci ostatni ostatnio upodobali sobie również Sarandę i pobliski Ksamil, więc ich rodacy przybyli tu rozkręcać biznesy i podobnie jak w Durres powstają lokale o nazwach Gostivar, Tetovo etc. Więcej też tawern, co już kojarzy się z Grecją. A mieszkają tu ni to Albańczycy, ni to Grecy – jak to na pograniczu. Podobnie jest w greckiej Pardze chociażby, gdzie swobodnie można sobie pogadać po albańsku (oczywiście jak nikt nie słyszy, bo to obciach przecież). Korzenie ludzi i ich historie to są skomplikowane sprawy, których nie będę rozplątywać w tym tekście. Jedynie podkreślam, że Saranda również jest bałkańskim kociołkiem ze swoją fakturą i specyfiką.

Jak w Sarandzie się jest kilka godzin czy dzień, góra dwa nawet to zapisuje się w głowie obraz perełki. Ale im więcej czasu tu spędzamy tym większa jest ciekawość kolejnych kręgów tworzących miasto. A tam krowa, kogut, niedokończone budowy, bałagan i klimat końca świata.

W kwestii jedzenia jest w porządku, ale Saranda to królestwo fast foodów i raczej takich przaśnych knajp. Co nie znaczy, że nie musi  być smacznie. Jak już kiedyś wspomniałam albańskie szybkie żarcie nijak się ma do paskudnego hot doga ze stacji benzynowej czy kebaba spożywanego na szybko nad ranem na ulicy, kiedy już człowiekowi jest wszystko jedno co je (byleby było z sosem czosnkowym). W takich knajpach można zjeść świetnie przyprawione qofte czy grecką sałatkę albo po prostu mięso a la kebab z sosem tzatziki. W bocznych uliczkach możemy wpaść do lokali z bardziej tradycyjną kuchnią i skosztować śniadaniowego specjału… zupy z baraniej głowy. Oczywiście znajdziemy tam też wszystkie możliwe jagnięce części ciała prosto z grilla. A wszystko wśród plastikowych mebelków i niespecjalnie wyszukanego wystroju.

Pizzy nie jadłam świetnej. Nie. (chociaż jest cienkie ciacho i jest „lepsiejsza” od wielu polskich wynalazków)

O owocach morza i rybach chyba nie muszę wspominać? Prawda!? Każdy czytelnik mojego bloga powinien już wiedzieć, że najlepsze (i najtańsze) są w Albanii!

Usłyszałam w tym sezonie od jeden z turystek drobną anegdotę. Jej znajomi mają kilka restauracji. Podobno całkiem popularnych i ekskluzywnych. Nie da się ukryć, że są to ludzie, których stać na „alinkluzif” w każdym zakątku świata. A oni? A oni jeżdżą do Albanii… żeby się najeść!

Deptak to też kawiarnie i bary. Gustowne, modne, młodzieżowe… przyjemnie, sympatycznie i z palemką. A na końcu nocny klub z sugestywną reklamą przedstawiającą rurę i panią na bardzo, bardzo wysokich obcasach.

Poza tym można i potańcować i poszaleć i iść na karuzelę czy ewentualnie huśtawkę jak już się nie ma siły iść wcale.

Z plażowaniem jest tak, że jednak Saranda nie ma zbyt wiele plaż. Chyba, że hotele, które szturmem zajęły pierwszą linię brzegową… chyba, że mówimy o skrawku przy deptaku. Ale nic to! Wystarczy wskoczyć do autobusu i po kilku minutach jesteśmy w Ksamilu. Wiosce, której wspomniany już Bóg dał przepiękne plaże. Biały piasek, błękit morza, tłum turystów, plażowe knajpki, hawajski klimat… i tyle. O Ksamilu nie da się za dużo napisać i lepiej nie zaglądać na drugą stroną pocztówki. Z drugiej strony nie ma co krytykować – tam się jedzie żeby ładować baterie leżąc plackiem lub szalejąc na skuterze.

Saranda IMG_2183 IMG_2206 IMG_2364 IMG_2367*Starożytna nazwa miasta Onchesmus wzięła się od jednego z wiejących tam wiatrów. Współczesna nazwa nawiązuje do legendy o Czterdziestu Męczennikach z Sebasty. Dla mnie jednak najbardziej ciekawa jest chwilowa nazwa z okresu panowania faszystowskich Włochów na tym terenie – Porto Edda. Jest to imię najstarszej córki Mussoliniego, który chciał stworzyć tam zaciszny ośrodek wypoczynkowy. Koniec końców wycofując się miasto całkowicie spalił.

Bałkańskie kociołki

Od dwóch tygodni albańskie i serbskie media huczą. Huczą o czymś co dla nas Polaków było kuriozum, wydarzeniem ciekawym aczkolwiek nie takim żeby zbyt długo się nad nim zastanawiać. Osobiście ja cieszę się jak coś się dzieje wokół Bałkanów. Czasem i według zasady – niech gadają! Nawet źle.

Wszystko zapowiadało katastrofę. Na stadionie w Belgradzie, w samym sercu Serbii miał rozegrać się mecz z… Albanią. Brzmi jak początek filmu s-f. No i jak taki film się skończyło. Otóż mecz został przerwany przez… drona. Ten niewielki, nowoczesny i bardzo trendy gadżet pojawił się na niebie, tuż nad głowami piłkarzy. Może nie byłoby afery, gdyby nie fakt, że przyczepiona była do niego wielka flaga z mapą mitycznej Wielkiej Albanii.

Jeden z serbskich piłkarzy ją szarpnął, albański piłkarz go szarpnął, że ten szarpnął flagę… no i prawie do głosu doszły pięści i sztachety. Mecz przerwano. Obciach na całą Europę. UEFA złapała się za głowę. A moja ściana na fejsie zadrżała w posadach.

Tyle mogliśmy widzieć w mediach. Komentarzy wielkich nie było, bo niewiele osób interesuje się Bałkanami. Może i dobrze, bo chyba dostałabym globusa jakby rozpoczęły się analizy gadających głów. Zasada w mediach jest dość prosta – bardziej czytelne są media serbskie, bo znawców albańskiego jak na lekarstwo. Taka prawda.

Dlatego też Albańczycy rozpoczęli dość nierówną walkę w social mediach. Przede wszystkim należało przedstawić tło wydarzeń. Bardzo popularny stał się przetłumaczony na język angielski tekst o siedmiu rzeczach, o których w związku z tym meczem się nie mówi. Przede wszystkim nikt nie koncentrował się na nienawiści serbskich kibiców, która objawiała się m.in. okrzykami, że „szcziptarów” trzeba ubić. Nie mówię już o rzucaniu ciężkimi przedmiotami we wszystko co było oznaczone czarnym orłem. Atmosfera nie sprzyjała raczej pokojowej atmosferze.

No i albańskie chłopaki wpadły na moim zdaniem genialny pomysł z dronem.

Mówcie co chcecie, ale była to najbardziej pomysłowa manifestacja swoich poglądów, którą widziałam na jakimkolwiek stadionie. Mimo, że nie do końca mi z nimi po drodze. Niezależnie od kraju nie wierzę w żadne idee megalomańsko-nacjonalistyczne. Na równi mam w nosie Wielką Albanię, Wielką Serbię czy Polskę od morza do morza. No tak mam koniec i kropka.

Flaga tak mocno ubodła Serbów ze względu na wizerunek Albanii, do której należy m.in. Kosowo (oraz część Czarnogóry i Macedonii związanej z mniejszością albańską). A Kosowo to najmocniejszy punkt zapalny między tymi krajami. Natomiast dwóch panów, których sylwetki dumnie flagę ozdabiały to Ismail Qemali nazywany ojcem niepodległości Albanii oraz działający w tych samych czasach Isa Boletini, który związany jest również z walką o Kosowo. Oraz napis Autochtoni, które odnosi się do ludności rdzennej, w domyśle albańskiej.

Za dużo tej polityki.

UEFA ukarało Albańczyków oddając mecz Serbii walkowerem. Natomiast Serbowie i tak zostali bez punktów w klasyfikacji generalnej. Obie strony czują się pokrzywdzone. Albańczycy jak na naród uważany za dziki popisał się znajomością najnowszych technologii co niezmiennie będzie mnie cieszyć. A Serbowie? Sorry, ale mieli prawo się wściec.

Każdy znajomy Albańczyk (i nie tylko) wie, ze Serbów uwielbiam i uważam, za najpiękniejszy naród w Europie. Co więcej lepiej mówię po serbsku niż albańsku co czasem jest różnie postrzegane. Jednak kilkukrotnie już usłyszałam wśród najbliższych mi znajomych, że Serbowie to naród z silnym charakterem, że to twardzi faceci i… trzeba ich szanować. Usłyszeć coś takiego po albańsku? Bezcenne.

Kiedyś w jednym z hoteli, w których we Vlorze pracuję mijałam bez słów pewne małżeństwo. Nie byli to moi turyści, więc kiwałam tylko im grzecznościowo i delikatnie się uśmiechałam. Któregoś wieczora próbowali po angielsku dogadać się z jednym z chłopaków z obsługi. Sytuacja była tak dla wszystkich skomplikowana (a przynajmniej tak mi się wydawało), że postanowiłam skrócić ich męki. Nagle  w tym szalonym tłumaczeniu usłyszałam znajomy mi język. Byli to Serbowie, którzy do Vlory przyjeżdżają od kilku lat na wypoczynek. Nie do bliższej im przecież Czarnogóry, ale właśnie do Albanii. Na pohybel stereotypom. Na pytania dotyczące właśnie kwestii politycznych śmiali się i mówili wprost, ze nic ich to nie obchodzi. Żyli w kraju, którego już nie ma, przeżyli wojnę, strach i chyba właśnie dlatego mogli oderwać się od stereotypów. Co ciekawe te same doświadczenia niektórych zbliżyły do nienawiści.

Echa nadal słychać. I w Serbii i w Albanii. Edi Rama (którego brat został oskarżony przez Serbów o zorganizowanie prowokacji ze względu swoją obecność na meczu) stanął murem za kibicami i zapytał swoich fanów czy ma w ogóle jechać do Serbii na planowaną od dawna wizytę. Serbska gwiazda rocka wypowiada się dość brutalnie o Albańczykach na łamach bardzo popularnego portalu. Tirana po meczu zamieniła się w arenę wielkiej manifestacji albańskich uczuć nacjonali….. narodowych oczywiście, a kilka dni później we Vlorze na meczu znów pojawił się dron wzbudzając ogromny aplauz.

Tak to się kręci. Długo myślałam jaka będzie najlepsza ilustracja dla wpisu i szukałam filmików z dronami i flagą… tyle, że po co? To wszędzie gdzieś było zwykle z komentarzem za lub przeciw.

O Albanii opowiadam często i z miłością.

Czas w tym całym zamieszaniu zatrzymać się nad niesamowitym krajem z niesamowitymi ludźmi czyli nad Serbią.

A tak dla przypomnienia dla wszystkich, którzy myślą o Bałkanach totalnie :)

 

 

 

Polska okupacja

To co przez ostatnie miesiące działo się w moim życiu jest trudne do opisania „ot tak”.

…i tak powinnam skończyć notkę, ale już tyle razy byłam ganiona za brak wpisów przez czytelników, że nie mogę odpuścić. A po tak długiej przerwie bardzo trudno jest wrócić do pisania. Nie z lenistwa czy zmęczenia. Bardziej ze względu na pogoń myśli i brak możliwości posegregowania wszystkich tematów, które narodziły się podczas nieobecności.

Z perspektywy zawodowej na pewno był to najtrudniejszy, ale i najlepszy sezon jaki przeżyłam. Mogłam obserwować Albanię tysiącem oczu. Czasem grunt był podatny i słyszałam, że mimo ogólnie panującej „rozpierduchy” Albania jest piękna i ciekawa. A czasem słyszałam, że to jakiś turystyczny przedsionek piekła. Nie będę opisywać sytuacji, kiedy jajka na śniadania były zimne, a słońce za gorące. To jest temat na zupełnie osobnego bloga.

Ostatnio zahaczyłam w trakcie podróży „po internetach” o teorię szoku kulturowego. Delikwent przyjeżdża do obcego kraju i zaczyna przechodzić kolejne fazy adaptacji. Jest to teorie dotycząca przede wszystkim wszelkiej maści emigrantów. Może tak wielkim słowem nie można mnie tytułować, ale jednak na część roku jestem z własnej i nieprzymuszonej woli wrzucana do bałkańskiego kociołka.

Odnajduję się w tej teorii, bo Albania odciska swoje piętno i na mnie. Jest i zachwyt, zachłyśnięcie się obcą kulturą. Moment, kiedy jako obcokrajowiec jestem taką zagubioną królewną, której wszystko wolno. Jednak królewna czasem zaczyna tupać, gryźć i rzucać się w szale kompletnego niezrozumienia. Albo Ci cholerni Albańczycy nie rozumieją mnie, albo źle zrozumieją, albo złośliwie stwierdzają, że nie da się mnie zrozumieć, bo przecież do błędu nie warto się przyznawać. Mają alibi – obca wszystkie słowa pomieszała.

A czasem mi się wydaje, że oni są obcy. Z kosmosu. Z planety, której wcale nie lubię. Planety dziwnych konwenansów i mentalności, która jawi się jak mur nie do przeskoczenia. Chyba najgorzej reagowałam m.in. na patriarchat… ale nie ten dotyczący jakiejś władzy mężczyzny nad kobietą. Władzy męskiej starszyzny nad całym wszechświatem. Poza tym cała tona megalomanii, zakompleksienia i nieumiejętności zrobienia czegokolwiek od ręki.

Czasem nawet zazdrościłam turystom, którzy pozostają w pierwszej fazie szoku kulturowego czyli w ciekawości i zachwycie…. chociaż z tym drugim to też bywa bardzo różnie.

Albania jest krajem trudnym. Nieoczywistym. Wymykającym się jeszcze z ram masowej turystyki. Jeśli chcemy zabierać turystów do Albanii nieustannie musimy mieć nad nimi piecze. A i tak zawsze ktoś się wymknie i będzie fotografował jedynie śmieci i bałagan.

To walka nierówna, bo foldery turystyczne kuszą spełnianiem najskrytszych marzeń o podróżach do krain wręcz magicznych. Wkładają do głowy potrzeby, ale i sprawiają, że świat staje się dosłowny.

Od kilku lat staram się trochę wykrzywić takie właśnie dosłowności. Połamać mity, a niektóre uwiarygodnić. Prawda jest i w folderach i w szoku kulturowym, który spotyka turystów obserwujących głębie kontrastu jaki zastają w Albanii. Tylko żeby sobie to wszystko poukładać czasem trzeba się i wódki napić i usiąść i podyskutować.

Zawsze najbardziej mnie cieszyły takie właśnie rozmowy, kiedy sama mogłam coś fajnego przekazać, ale i ukraść dla siebie czyjeś obserwacje. Bo w wymianie poglądów jest siła… Albanii właśnie. Ten kraj skłania do rozmowy i myślenia. Co można, również robić z drinkiem na leżaczku nie wysilając się zbytnio. Ciesząc się plażowaniem i wakacjami.

Jeszcze na koniec… skąd tytuł. Ilość Polaków przyjeżdżających do Albanii jest niesamowita. Nie tylko „do mnie” czy z innych biur turystycznych. Chociaż w tym roku widziałam chyba rekordową liczbę autokarów pod polską banderą. Jeżdżąc na wycieczki ciągle mijałam osobówki, motocykle, jeepy na polskich blachach.

… i jestem bardzo, bardzo dumna z tego, bo wiem, że wiele z tych osób trafiało właśnie tu w poszukiwaniu informacji. Z niektórymi miałam kontakt, a może nawet wpływ na decyzję i wybór Albanii. Bo mi tak naprawdę na tym „denerwującym miejscu”, gdzieś na południu Europy w jakiś przewrotny sposób zależy. Eh besa, besa…. (a besa to już temat na zupełnie inny zimowy tekst)

10646983_10154625061890203_4683540227940605771_n

UE i piraci

Minął prawie miesiąc bez wpisów, ale był to BARDZO intensywny miesiąc, który nie wiadomo kiedy zleciał i za chwilę będzie lipiec i jeszcze więcej roboty.

Najważniejszą informacją jaką chcę Państwu przekazać jest to, że 24 czerwca Albania uzyskała status kandydata do Unii Europejskiej co jest dużym osiągnięciem również ze względu na to, że w 2011 roku, kiedy pierwszy raz byłam w Albanii jako rezydent nie udało im się tego osiągnąć. Od wyborów w zeszłym roku nowemu premierowi udało się wychodzić ten status.O wiele łatwiej będzie mi teraz mówić o Albanii, bo w ogólnej świadomości kraj kandydujący do UE jest lepszy od tego co nie może się doprosić „zachodu” o taką możliwość.

Druga ważna informacja jest taka, że mój blog kilka dni temu obchodził urodziny :)

Nie przepadam za podsumowaniami, ale kilka słów warto napisać.

Przede wszystkim zdrożał koniak Skanderbeg ;) Teraz kosztuje mniej więcej 700 leków. Chociaż są miejsca, gdzie jeszcze można dostać go taniej.

Z krajobrazu Vlory zniknęło wiele miejsc znanych z bloga – m.in. restauracja Jezus Chrystus, która niektórych bawiła, a niektórych szokowała. Pojawiła się natomiast Piera 6, gdzie zupa rybna i owoce morza są boskie! Najlepsze mięsko zawsze będzie u Klodiego. W tych miejscach można już szukać polskiego menu – oto mój wkład w historię gastronomii albańskiej.

Turystycznie jest boom polski! Nie tylko w turystyce zorganizowanej, ale cały czas najpopularniejsze są polskie tablice rejestracyjne. To wspaniałe, że już nie boimy się Albanii i jedziemy w takie miejsce, o którym nie wszyscy myślą dobrze.

Na koniec trochę widoków, które cieszą oko. Tak można bawić się tylko we Vlorze jeśli zdecydujemy się na rejs na półwysep Karaburum. Jest to największy półwysep w Albanii, który odcina zatokę Vlory od morza i jest naturalną granicą między morzem Jońskim i Adriatyckim. Jego długość to ok 16 kilometrów i znajduje się na nim Morski Park Narodowy oraz baza wojskowa Pashaliman. Jedną z ciekawostek są jaskinie w tym najsłynniejsza pirata Hadżiego Ali, który swoją siedzibę miał m.in w Ulcinju w Czarnogórze.

A ja wybrałam się z turystami na poszukiwania jego skarbów… zamiast pirackiego rumu była raki!

DSC_5115DSC_5116DSC_5118DSC_5114DSC_5112DSC_5137DSC_5135DSC_5134