x

Każdy uczący się obcego języka i kultury sięga często po kulturę popularną.

Każdy turysta przyjeżdżający do obcego kraju zderza się z przebojami i gwiazdami, które później kojarzą mu się z wakacjami.

Zarówno ja, jak i wielu turystów kojarzyło łysego albańskiego rapera o charakterystycznym głosie, którego przeboje często pojawiały się w regionalnych stacjach telewizyjnych i radiowych. Z moim pierwszym sezonem kojarzy mi się piosenka nagrana przez niego wspólnie z Aurelą Gace oraz Marselem. To był dopiero przebój! Do tej pory można przy nim pobawić się w albańskich kurortach.


Ostatnio jadąc przez przełęcz Llogary rozmawiałam ze znajomym o tym jaki fajny to piosenkarz i nuciliśmy sobie „ca na ke, ca na ke”. Pamiętam, że ta piosenka kilka lat temu zwróciła moją uwagę, gdyż wyróżniała się na tle innych albańskich utworów tym, że była jajcarska. Jeszcze nic nie rozumiałam, ale podobał mi się ten śmieszny łysy grubas z piwkiem.

Kiedy jarałam się wyborami do parlamentu moim hitem był utwór wyrażający poparcie dla Ediego Ramy.

Dziś wiele osób wrzuca tą piosenkę na swojego „fejsa”. Być może dlatego, że tytuł oznacza złość, bycie nieszczęśliwym…

Dziś rano ok 10:30 w Tiranie zmarł Floran Kondi znany jako Dr Flori.

Miasto wiatru *

Tak się złożyło, że przez chwilę znów mogłam być w Albanii :)

Zawodowo, ale jednak z głową lekką, bo bez odpowiedzialności za turystów. Mogłam po prostu BYĆ. Tak trochę incognito. Udawać turystkę, czerpiąc wszystkie korzyści z tego statusu, a przy okazji odsłaniając zasłonę cieszyć się obrazem wewnętrznym.

Przyglądałam się przede wszystkim z bliska Sarandzie, która przez wielu jest przedstawiana jako najpiękniejsza, najlepsza i w ogóle naj naj naj…. Czas zmierzyć się z tym wizerunkiem, bo ja osobiście do Sarandy w pełni przekonana nie jestem chociaż, tak jak wszystko co Albańskie traktuję z odpowiednim namaszczeniem.

Podoba mi się w Sarandzie to, że daje ogromny odpór tej teorii o Albanii, jako o ziemii dzikiej i nieprzystępnej. Na pewno jest jednym z najłatwiej przyswajalnych miejsc w tym kraju.

W kurortowej atmosferze jestem zadomowiona. Znam te wszystkie przeboje, którymi żyją deptaki pełne bladych i zdecydowanie odróżniających się od Albańczyków „ludów północy”, których w Sarandzie pełno.

„No co ja poradzę, że Saranda dostała od Boga lepsze położenie geograficzne niż Vlora? Korfu przecież stąd jest na wyciągnięcie ręki” – powiedział z dużą dozą irytacji w głosie mój kolega, kiedy po raz kolejny rozmawialiśmy o Sarandzie.

Miał w pełni rację, bo bez tych wszystkich promów z Korfu Saranda byłaby nieznanym w szerszych kręgach kurorcikiem. A tak jest miejscowością, która syci się turystycznymi wydatkami bogatych Szwedów i innych przybyszów z lepiej postawionych cywilizacji, które mentalnie znajdują się lata świetlne od Albanii.

Tu się przyjeżdża już na gotowe. Bo w świecie turystycznym trochę tak jest, że są ludzie, którzy lubią tylko takie miejsca, które już widzieli. W Sarandzie jest elegancki deptaczek ze straganikami, szumem morza, naganiaczami, którzy cali drżący stoją przed restauracjami i piękną fasadą, za którą ukryte jest miasto. Na wskroś albańskie chociaż czasem udające greckie.

Ciekawe dla mnie jest to pomieszanie kultur: greckiej, albańskiej i skrótowo macedońsko-kosowskiej. Ci ostatni ostatnio upodobali sobie również Sarandę i pobliski Ksamil, więc ich rodacy przybyli tu rozkręcać biznesy i podobnie jak w Durres powstają lokale o nazwach Gostivar, Tetovo etc. Więcej też tawern, co już kojarzy się z Grecją. A mieszkają tu ni to Albańczycy, ni to Grecy – jak to na pograniczu. Podobnie jest w greckiej Pardze chociażby, gdzie swobodnie można sobie pogadać po albańsku (oczywiście jak nikt nie słyszy, bo to obciach przecież). Korzenie ludzi i ich historie to są skomplikowane sprawy, których nie będę rozplątywać w tym tekście. Jedynie podkreślam, że Saranda również jest bałkańskim kociołkiem ze swoją fakturą i specyfiką.

Jak w Sarandzie się jest kilka godzin czy dzień, góra dwa nawet to zapisuje się w głowie obraz perełki. Ale im więcej czasu tu spędzamy tym większa jest ciekawość kolejnych kręgów tworzących miasto. A tam krowa, kogut, niedokończone budowy, bałagan i klimat końca świata.

W kwestii jedzenia jest w porządku, ale Saranda to królestwo fast foodów i raczej takich przaśnych knajp. Co nie znaczy, że nie musi  być smacznie. Jak już kiedyś wspomniałam albańskie szybkie żarcie nijak się ma do paskudnego hot doga ze stacji benzynowej czy kebaba spożywanego na szybko nad ranem na ulicy, kiedy już człowiekowi jest wszystko jedno co je (byleby było z sosem czosnkowym). W takich knajpach można zjeść świetnie przyprawione qofte czy grecką sałatkę albo po prostu mięso a la kebab z sosem tzatziki. W bocznych uliczkach możemy wpaść do lokali z bardziej tradycyjną kuchnią i skosztować śniadaniowego specjału… zupy z baraniej głowy. Oczywiście znajdziemy tam też wszystkie możliwe jagnięce części ciała prosto z grilla. A wszystko wśród plastikowych mebelków i niespecjalnie wyszukanego wystroju.

Pizzy nie jadłam świetnej. Nie. (chociaż jest cienkie ciacho i jest „lepsiejsza” od wielu polskich wynalazków)

O owocach morza i rybach chyba nie muszę wspominać? Prawda!? Każdy czytelnik mojego bloga powinien już wiedzieć, że najlepsze (i najtańsze) są w Albanii!

Usłyszałam w tym sezonie od jeden z turystek drobną anegdotę. Jej znajomi mają kilka restauracji. Podobno całkiem popularnych i ekskluzywnych. Nie da się ukryć, że są to ludzie, których stać na „alinkluzif” w każdym zakątku świata. A oni? A oni jeżdżą do Albanii… żeby się najeść!

Deptak to też kawiarnie i bary. Gustowne, modne, młodzieżowe… przyjemnie, sympatycznie i z palemką. A na końcu nocny klub z sugestywną reklamą przedstawiającą rurę i panią na bardzo, bardzo wysokich obcasach.

Poza tym można i potańcować i poszaleć i iść na karuzelę czy ewentualnie huśtawkę jak już się nie ma siły iść wcale.

Z plażowaniem jest tak, że jednak Saranda nie ma zbyt wiele plaż. Chyba, że hotele, które szturmem zajęły pierwszą linię brzegową… chyba, że mówimy o skrawku przy deptaku. Ale nic to! Wystarczy wskoczyć do autobusu i po kilku minutach jesteśmy w Ksamilu. Wiosce, której wspomniany już Bóg dał przepiękne plaże. Biały piasek, błękit morza, tłum turystów, plażowe knajpki, hawajski klimat… i tyle. O Ksamilu nie da się za dużo napisać i lepiej nie zaglądać na drugą stroną pocztówki. Z drugiej strony nie ma co krytykować – tam się jedzie żeby ładować baterie leżąc plackiem lub szalejąc na skuterze.

Saranda IMG_2183 IMG_2206 IMG_2364 IMG_2367*Starożytna nazwa miasta Onchesmus wzięła się od jednego z wiejących tam wiatrów. Współczesna nazwa nawiązuje do legendy o Czterdziestu Męczennikach z Sebasty. Dla mnie jednak najbardziej ciekawa jest chwilowa nazwa z okresu panowania faszystowskich Włochów na tym terenie – Porto Edda. Jest to imię najstarszej córki Mussoliniego, który chciał stworzyć tam zaciszny ośrodek wypoczynkowy. Koniec końców wycofując się miasto całkowicie spalił.

Bałkańskie kociołki

Od dwóch tygodni albańskie i serbskie media huczą. Huczą o czymś co dla nas Polaków było kuriozum, wydarzeniem ciekawym aczkolwiek nie takim żeby zbyt długo się nad nim zastanawiać. Osobiście ja cieszę się jak coś się dzieje wokół Bałkanów. Czasem i według zasady – niech gadają! Nawet źle.

Wszystko zapowiadało katastrofę. Na stadionie w Belgradzie, w samym sercu Serbii miał rozegrać się mecz z… Albanią. Brzmi jak początek filmu s-f. No i jak taki film się skończyło. Otóż mecz został przerwany przez… drona. Ten niewielki, nowoczesny i bardzo trendy gadżet pojawił się na niebie, tuż nad głowami piłkarzy. Może nie byłoby afery, gdyby nie fakt, że przyczepiona była do niego wielka flaga z mapą mitycznej Wielkiej Albanii.

Jeden z serbskich piłkarzy ją szarpnął, albański piłkarz go szarpnął, że ten szarpnął flagę… no i prawie do głosu doszły pięści i sztachety. Mecz przerwano. Obciach na całą Europę. UEFA złapała się za głowę. A moja ściana na fejsie zadrżała w posadach.

Tyle mogliśmy widzieć w mediach. Komentarzy wielkich nie było, bo niewiele osób interesuje się Bałkanami. Może i dobrze, bo chyba dostałabym globusa jakby rozpoczęły się analizy gadających głów. Zasada w mediach jest dość prosta – bardziej czytelne są media serbskie, bo znawców albańskiego jak na lekarstwo. Taka prawda.

Dlatego też Albańczycy rozpoczęli dość nierówną walkę w social mediach. Przede wszystkim należało przedstawić tło wydarzeń. Bardzo popularny stał się przetłumaczony na język angielski tekst o siedmiu rzeczach, o których w związku z tym meczem się nie mówi. Przede wszystkim nikt nie koncentrował się na nienawiści serbskich kibiców, która objawiała się m.in. okrzykami, że „szcziptarów” trzeba ubić. Nie mówię już o rzucaniu ciężkimi przedmiotami we wszystko co było oznaczone czarnym orłem. Atmosfera nie sprzyjała raczej pokojowej atmosferze.

No i albańskie chłopaki wpadły na moim zdaniem genialny pomysł z dronem.

Mówcie co chcecie, ale była to najbardziej pomysłowa manifestacja swoich poglądów, którą widziałam na jakimkolwiek stadionie. Mimo, że nie do końca mi z nimi po drodze. Niezależnie od kraju nie wierzę w żadne idee megalomańsko-nacjonalistyczne. Na równi mam w nosie Wielką Albanię, Wielką Serbię czy Polskę od morza do morza. No tak mam koniec i kropka.

Flaga tak mocno ubodła Serbów ze względu na wizerunek Albanii, do której należy m.in. Kosowo (oraz część Czarnogóry i Macedonii związanej z mniejszością albańską). A Kosowo to najmocniejszy punkt zapalny między tymi krajami. Natomiast dwóch panów, których sylwetki dumnie flagę ozdabiały to Ismail Qemali nazywany ojcem niepodległości Albanii oraz działający w tych samych czasach Isa Boletini, który związany jest również z walką o Kosowo. Oraz napis Autochtoni, które odnosi się do ludności rdzennej, w domyśle albańskiej.

Za dużo tej polityki.

UEFA ukarało Albańczyków oddając mecz Serbii walkowerem. Natomiast Serbowie i tak zostali bez punktów w klasyfikacji generalnej. Obie strony czują się pokrzywdzone. Albańczycy jak na naród uważany za dziki popisał się znajomością najnowszych technologii co niezmiennie będzie mnie cieszyć. A Serbowie? Sorry, ale mieli prawo się wściec.

Każdy znajomy Albańczyk (i nie tylko) wie, ze Serbów uwielbiam i uważam, za najpiękniejszy naród w Europie. Co więcej lepiej mówię po serbsku niż albańsku co czasem jest różnie postrzegane. Jednak kilkukrotnie już usłyszałam wśród najbliższych mi znajomych, że Serbowie to naród z silnym charakterem, że to twardzi faceci i… trzeba ich szanować. Usłyszeć coś takiego po albańsku? Bezcenne.

Kiedyś w jednym z hoteli, w których we Vlorze pracuję mijałam bez słów pewne małżeństwo. Nie byli to moi turyści, więc kiwałam tylko im grzecznościowo i delikatnie się uśmiechałam. Któregoś wieczora próbowali po angielsku dogadać się z jednym z chłopaków z obsługi. Sytuacja była tak dla wszystkich skomplikowana (a przynajmniej tak mi się wydawało), że postanowiłam skrócić ich męki. Nagle  w tym szalonym tłumaczeniu usłyszałam znajomy mi język. Byli to Serbowie, którzy do Vlory przyjeżdżają od kilku lat na wypoczynek. Nie do bliższej im przecież Czarnogóry, ale właśnie do Albanii. Na pohybel stereotypom. Na pytania dotyczące właśnie kwestii politycznych śmiali się i mówili wprost, ze nic ich to nie obchodzi. Żyli w kraju, którego już nie ma, przeżyli wojnę, strach i chyba właśnie dlatego mogli oderwać się od stereotypów. Co ciekawe te same doświadczenia niektórych zbliżyły do nienawiści.

Echa nadal słychać. I w Serbii i w Albanii. Edi Rama (którego brat został oskarżony przez Serbów o zorganizowanie prowokacji ze względu swoją obecność na meczu) stanął murem za kibicami i zapytał swoich fanów czy ma w ogóle jechać do Serbii na planowaną od dawna wizytę. Serbska gwiazda rocka wypowiada się dość brutalnie o Albańczykach na łamach bardzo popularnego portalu. Tirana po meczu zamieniła się w arenę wielkiej manifestacji albańskich uczuć nacjonali….. narodowych oczywiście, a kilka dni później we Vlorze na meczu znów pojawił się dron wzbudzając ogromny aplauz.

Tak to się kręci. Długo myślałam jaka będzie najlepsza ilustracja dla wpisu i szukałam filmików z dronami i flagą… tyle, że po co? To wszędzie gdzieś było zwykle z komentarzem za lub przeciw.

O Albanii opowiadam często i z miłością.

Czas w tym całym zamieszaniu zatrzymać się nad niesamowitym krajem z niesamowitymi ludźmi czyli nad Serbią.

A tak dla przypomnienia dla wszystkich, którzy myślą o Bałkanach totalnie :)

 

 

 

Polska okupacja

To co przez ostatnie miesiące działo się w moim życiu jest trudne do opisania „ot tak”.

…i tak powinnam skończyć notkę, ale już tyle razy byłam ganiona za brak wpisów przez czytelników, że nie mogę odpuścić. A po tak długiej przerwie bardzo trudno jest wrócić do pisania. Nie z lenistwa czy zmęczenia. Bardziej ze względu na pogoń myśli i brak możliwości posegregowania wszystkich tematów, które narodziły się podczas nieobecności.

Z perspektywy zawodowej na pewno był to najtrudniejszy, ale i najlepszy sezon jaki przeżyłam. Mogłam obserwować Albanię tysiącem oczu. Czasem grunt był podatny i słyszałam, że mimo ogólnie panującej „rozpierduchy” Albania jest piękna i ciekawa. A czasem słyszałam, że to jakiś turystyczny przedsionek piekła. Nie będę opisywać sytuacji, kiedy jajka na śniadania były zimne, a słońce za gorące. To jest temat na zupełnie osobnego bloga.

Ostatnio zahaczyłam w trakcie podróży „po internetach” o teorię szoku kulturowego. Delikwent przyjeżdża do obcego kraju i zaczyna przechodzić kolejne fazy adaptacji. Jest to teorie dotycząca przede wszystkim wszelkiej maści emigrantów. Może tak wielkim słowem nie można mnie tytułować, ale jednak na część roku jestem z własnej i nieprzymuszonej woli wrzucana do bałkańskiego kociołka.

Odnajduję się w tej teorii, bo Albania odciska swoje piętno i na mnie. Jest i zachwyt, zachłyśnięcie się obcą kulturą. Moment, kiedy jako obcokrajowiec jestem taką zagubioną królewną, której wszystko wolno. Jednak królewna czasem zaczyna tupać, gryźć i rzucać się w szale kompletnego niezrozumienia. Albo Ci cholerni Albańczycy nie rozumieją mnie, albo źle zrozumieją, albo złośliwie stwierdzają, że nie da się mnie zrozumieć, bo przecież do błędu nie warto się przyznawać. Mają alibi – obca wszystkie słowa pomieszała.

A czasem mi się wydaje, że oni są obcy. Z kosmosu. Z planety, której wcale nie lubię. Planety dziwnych konwenansów i mentalności, która jawi się jak mur nie do przeskoczenia. Chyba najgorzej reagowałam m.in. na patriarchat… ale nie ten dotyczący jakiejś władzy mężczyzny nad kobietą. Władzy męskiej starszyzny nad całym wszechświatem. Poza tym cała tona megalomanii, zakompleksienia i nieumiejętności zrobienia czegokolwiek od ręki.

Czasem nawet zazdrościłam turystom, którzy pozostają w pierwszej fazie szoku kulturowego czyli w ciekawości i zachwycie…. chociaż z tym drugim to też bywa bardzo różnie.

Albania jest krajem trudnym. Nieoczywistym. Wymykającym się jeszcze z ram masowej turystyki. Jeśli chcemy zabierać turystów do Albanii nieustannie musimy mieć nad nimi piecze. A i tak zawsze ktoś się wymknie i będzie fotografował jedynie śmieci i bałagan.

To walka nierówna, bo foldery turystyczne kuszą spełnianiem najskrytszych marzeń o podróżach do krain wręcz magicznych. Wkładają do głowy potrzeby, ale i sprawiają, że świat staje się dosłowny.

Od kilku lat staram się trochę wykrzywić takie właśnie dosłowności. Połamać mity, a niektóre uwiarygodnić. Prawda jest i w folderach i w szoku kulturowym, który spotyka turystów obserwujących głębie kontrastu jaki zastają w Albanii. Tylko żeby sobie to wszystko poukładać czasem trzeba się i wódki napić i usiąść i podyskutować.

Zawsze najbardziej mnie cieszyły takie właśnie rozmowy, kiedy sama mogłam coś fajnego przekazać, ale i ukraść dla siebie czyjeś obserwacje. Bo w wymianie poglądów jest siła… Albanii właśnie. Ten kraj skłania do rozmowy i myślenia. Co można, również robić z drinkiem na leżaczku nie wysilając się zbytnio. Ciesząc się plażowaniem i wakacjami.

Jeszcze na koniec… skąd tytuł. Ilość Polaków przyjeżdżających do Albanii jest niesamowita. Nie tylko „do mnie” czy z innych biur turystycznych. Chociaż w tym roku widziałam chyba rekordową liczbę autokarów pod polską banderą. Jeżdżąc na wycieczki ciągle mijałam osobówki, motocykle, jeepy na polskich blachach.

… i jestem bardzo, bardzo dumna z tego, bo wiem, że wiele z tych osób trafiało właśnie tu w poszukiwaniu informacji. Z niektórymi miałam kontakt, a może nawet wpływ na decyzję i wybór Albanii. Bo mi tak naprawdę na tym „denerwującym miejscu”, gdzieś na południu Europy w jakiś przewrotny sposób zależy. Eh besa, besa…. (a besa to już temat na zupełnie inny zimowy tekst)

10646983_10154625061890203_4683540227940605771_n

UE i piraci

Minął prawie miesiąc bez wpisów, ale był to BARDZO intensywny miesiąc, który nie wiadomo kiedy zleciał i za chwilę będzie lipiec i jeszcze więcej roboty.

Najważniejszą informacją jaką chcę Państwu przekazać jest to, że 24 czerwca Albania uzyskała status kandydata do Unii Europejskiej co jest dużym osiągnięciem również ze względu na to, że w 2011 roku, kiedy pierwszy raz byłam w Albanii jako rezydent nie udało im się tego osiągnąć. Od wyborów w zeszłym roku nowemu premierowi udało się wychodzić ten status.O wiele łatwiej będzie mi teraz mówić o Albanii, bo w ogólnej świadomości kraj kandydujący do UE jest lepszy od tego co nie może się doprosić „zachodu” o taką możliwość.

Druga ważna informacja jest taka, że mój blog kilka dni temu obchodził urodziny :)

Nie przepadam za podsumowaniami, ale kilka słów warto napisać.

Przede wszystkim zdrożał koniak Skanderbeg ;) Teraz kosztuje mniej więcej 700 leków. Chociaż są miejsca, gdzie jeszcze można dostać go taniej.

Z krajobrazu Vlory zniknęło wiele miejsc znanych z bloga – m.in. restauracja Jezus Chrystus, która niektórych bawiła, a niektórych szokowała. Pojawiła się natomiast Piera 6, gdzie zupa rybna i owoce morza są boskie! Najlepsze mięsko zawsze będzie u Klodiego. W tych miejscach można już szukać polskiego menu – oto mój wkład w historię gastronomii albańskiej.

Turystycznie jest boom polski! Nie tylko w turystyce zorganizowanej, ale cały czas najpopularniejsze są polskie tablice rejestracyjne. To wspaniałe, że już nie boimy się Albanii i jedziemy w takie miejsce, o którym nie wszyscy myślą dobrze.

Na koniec trochę widoków, które cieszą oko. Tak można bawić się tylko we Vlorze jeśli zdecydujemy się na rejs na półwysep Karaburum. Jest to największy półwysep w Albanii, który odcina zatokę Vlory od morza i jest naturalną granicą między morzem Jońskim i Adriatyckim. Jego długość to ok 16 kilometrów i znajduje się na nim Morski Park Narodowy oraz baza wojskowa Pashaliman. Jedną z ciekawostek są jaskinie w tym najsłynniejsza pirata Hadżiego Ali, który swoją siedzibę miał m.in w Ulcinju w Czarnogórze.

A ja wybrałam się z turystami na poszukiwania jego skarbów… zamiast pirackiego rumu była raki!

DSC_5115DSC_5116DSC_5118DSC_5114DSC_5112DSC_5137DSC_5135DSC_5134

 

Nadajemy na żywo!

Wiem doskonale, że przez ostatni miesiąc zaniedbałam trochę swoich czytelników. Jednak mam nadzieję, że wszyscy mi wybaczą, bo przygotowywałam się do czegoś ważnego…

DO WYJAZDU!

Oficjalnie informuję, że od tej chwili nadaję z Albanii!

Co nowego? Ciężko mi stwierdzić jasno i klarownie, bo czuję się już tak jak u siebie – nadal są rzeczy, które mnie śmieszą, dziwią czy denerwują… ale Albania zawsze jest Albanią, a Bałkany Bałkanami. Można wierzyć lub nie, ale czas ma tu zupełny inny wymiar. Rzeczy dzieją się albo wolno, albo w mig, bez specjalnej refleksji.

Zanim przejdę do sentymentów, które zawsze są zakotwiczone w moich bałkańskich podróżach powiem, że bardzo dużo dobrego się dzieje. Na pewno będę mogła polecić kilka nowych miejsc we Vlorze. Plaża wygląda aktualnie jak po wybuchu bomby, bo jest przygotowywana  na przyjęcie turystów. Wszystko jest „orane”, sprzątane, grabione. Wygląda to jakby budowali po zimie wszystko na nowo i faktycznie w ciągu tygodnia potrafią stworzyć nowy świat – KURORT! A słowo kurort to cały worek znaczeń i rozrywek. Pojawiają się pierwsze plakaty informujące o imprezach otwierających sezon i mimo, że w ruchach Albańczyków nie ma przesadnej gorączki to wiem, że zanim się obejrzę cała układanka będzie kompletna.

A albańska układanka jest trochę bardziej skomplikowana, bo łączy w sobie pewien rodzaj dzikości kraju, który dopiero przyjmuje na swoje barki dobrodziejstwa turystyki z niesamowitą umiejętnością przyjmowania turystów „na szeroko”. Super hotele kontrastują z przaśnymi knajpami, gdzie zjesz doskonale mimo, że kelner nie jest może wyprasowany. Wypasione restauracje z kryształowymi żyrandolami nie przerażają cenami z kosmosu. Nadal na szczęście jest tanio, chociaż od 2011 roku obserwuje delikatne skoki cen i zawsze radzę – lepiej teraz, bo nagle może nastąpić wielki lot cen, który sprawi, że już nie będzie można zjeść michy małży za 25-30 zł. Może wtedy będzie jeszcze śliczniej, mniej chropowato… ale czy tak naprawdę o to chodzi? Na pewno życzę Albanii stabilizacji, również pod względem turystycznym, ale zawsze pozostaje pewien lęk, że gdzieś zgubi się ta „dusza” ten cały sens, który objawia się w osiołku na środku drogi lub krowie, która majestatycznie wędruje między blokowiskami. Jak jest luz to jest i bałagan :) A przecież każdy oczekuje luzu na wakacjach. Najważniejsze żeby ludzie przestali się bać Albanii. Szczęśliwie znam coraz więcej turystów, którzy oczywiście to i tam skrytykują, ale pukają się w głowę jak pojawia się opinia o niebezpiecznym i dzikim kraju. Ja słysząc o dzikusach zwykle zastanawiam się co by było jakbym zaczęła tak mówić o mniej lub bardziej bliskich tej osoby. Pewnie byłaby afera ;)  To kwestia „smaku”.

Wróćmy do Albanii, bo ona tu jest najważniejsza. W Tiranie miałam cudne słońce i tłumy na ulicach. Pozdrawiam przy okazji wycieczkę muzealników z Polski, którą miałam okazję w przelocie spotkać! Może ktoś z nich akurat trafi na mojego bloga.

W Tiranie coraz bardziej widać aspiracje kraju do zbliżenia się do Europy, zarówno w wymiarze UE, jak i w sensie, który jeszcze powinniśmy pamiętać z czasów, kiedy byliśmy brzydszą kuzynką ze wsi Europy Zachodniej. Tak strasznie modliliśmy się żeby przestali mówić o tym, że w Polsce białe niedźwiedzie biegają po ulicach miast i że jesteśmy złodziejami, którzy jedzą łabędzie samej królowej brytyjskiej. Pamiętam szał, kiedy otwierano pierwszego McDonalda w Warszawie i każda wycieczka szkolna musiała się tam zatrzymać! Albania teraz też przechodzi okres bezrefleksyjnego zachłyśnięcia zachodem. Wszystko co jest najlepsze ma przydomek „amerikane”. Nieskromnie powiem, że raz rzucono mi komplement „Ciebie Iza wszyscy obserwują, bo wyglądasz… no wiesz… jak z Ameryki!”. Mi osobiście wydaje się bardziej, że wynika to z tego, że jestem krótkowłosą blondynką.

We Vlorze pogoda się zepsuła. Jednak maj jest strasznie kapryśny. Mogę jednak obiecać i turyści to potwierdzą, że jak na początku czerwca zaświeci słońce to do września „nie zajdzie” na dłużej niż na pół godzinki przelotnej burzy. A to też trzeba sobie u bogów wyprosić, bo lipiec i sierpień potrafią przejść bez najmniejszego obłoczka na niebie.

Jak już wspomniałam kurort się buduje. Myślę, że nikt się nie zawiedzie, bo będzie dużo nowych miejsc i smaczków. Ja kolejny rok będę wieść żywot hotelowy… nie oszukujmy się czekałam na to, bo od krzesła można dostać „bólu dupy” :)

IMG_0330Słoneczna Tirana

IMG_0331

OTWIERAMY SEZON!IMG_0332 Jakby ktokolwiek miał wątpliwości, gdzie jestem… ;)IMG_0324Skanderbeg w pełnym słońcu!

IMG_0326Tyle słońca w całym mieście!

Amsterdam Express

Znów byłam w Amsterdamie i znów pojawił się w mojej głowie temat dość kontrowersyjny. Narkotyki już były. Dziś zajrzymy do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Moja wizyta w liberalnym raju zachodniej Europy zbiegła się również z premierą albańskiego filmu „Amsterdam Express”.

Film jest koprodukcją albańsko/ holendersko/ brytyjską i wzbudza dość duże kontrowersje. Głównie ze względu na tematykę, gdyż znów na światło dzienne wyciągany jest temat albańskiej mafii i handlu żywym towarem. Nie ma co się oszukiwać, że na Albanii nadal ciąży piętno przestępczości bardzo dobrze zorganizowanej. Albańska mafia razem z Serbską były uznawane swego czasu za najsilniejsze na Bałkanach. Z resztą nie działały tylko na tym obszarze, ale ich macki rozprzestrzeniały się na cała Europę. Ciekawe jest to, że mimo waśni politycznych te dwie mafie bardzo często ze sobą współpracowały. Takie działanie ponad podziałami. Legenda głosi, że mafia pruszkowska nie chciała mieć z nimi nic do czynienia. Jednak to wszystko to już tylko mgliste wspomnienia potęgi…

Badania z 2009 roku pokazały, że siła albańskiej mafii jest jednak wyolbrzymiona i przestępczość wśród Albańczyków w krajach zachodniej Europy rok rocznie jest coraz niższa. Dodajmy do tego przemiany społeczne, które zachodzą w samym kraju i które powodują, że znaczenie i widoczność mafii w samej Albanii stają się coraz słabsze.

Zapytałam o mafię Albańczyka, który najpierw ściemniał i ściemniał, aż w końcu powiedział, że na przełomie wieków owszem mafia we Vlorze była widoczna. Ale teraz mafiozi działają już na innych zasadach i same struktury bardzo się zmieniły. Nazywa się ich biznesmenami. Czyli w sumie tak jak wszędzie ;)

Albańczycy nie lubią tematu mafii, bo to kolejny stereotyp, z którym nie chcą być kojarzeni. To jedno. Poza tym o takich rzeczach się po prostu nie rozmawia. To jest taki trochę tajemniczy świat, który jest w podziemiu i faktycznie zupełnie nie dotyczy turystów. Przez wszystkie lata nie zdarzyło mi się żadna sytuacja, którą mogłabym skojarzyć z mafią. Gorszym problemem w Albanii jest moim zdaniem korupcja, która sprawia, że systemy mafijne tak naprawdę trzymają się w strukturach administracyjnych czy w szeregach policji, która bardzo lubi dorobić sobie na drobnych łapówkach. Podobnie rzecz wygląda na granicach, gdzie często za szybki „transfer” trzeba zapłacić i to nie tylko po stronie albańskiej. Czarnogórcy czy Serbowie też uwielbiają pobierać „bakszysz”.

Z wątków polskich oprócz studentów przemycających marihuanę w butli turystycznej pamiętam historie aresztowanej we Włoszech pary, która  przemycała narkotyki i zajmowała się ich rozprowadzaniem. Byli to Albańczyk i Polka.

W ogóle w słonecznej Italii, gdzie tradycja mafijna jest bardzo bogata temat wpływu Albańczyków na jej struktury to osobna i bardzo głęboka kwestia. Jedna z teorii mówi o tym, że wspomniany przeze mnie już Kanun czyli prawo zwyczajowe, które razem z emigrującymi Albańczykami trafiło do Włoch miało ogromny wpływ na kodeks mafiozów. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że włoską mafię stworzyli właśnie potomkowie Skanderbega.

Wróćmy jednak do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Oprócz narkotyków i broni Albania była znana z handlu żywym towarem. Różne źródła wspominają przede wszystkim o handlu kobietami z takich krajów jak Bułgaria, Macedonia czy Mołdawia. Sytuacje z „Uprowadzonej” czyli porywanie turystek czy to na terenie Albanii czy innych krajów są raczej barwnym wymysłem Hollywood. Zasada jest okrutna, ale nie pozbawiona logiki. Zmuszane do nierządu były kobiety z biednych krajów, o które nikt nie dba, o które nikt nie będzie pytał. Stąd u nas na głównych drogach tyle Ukrainek oraz Białorusinek, które też nie są przecież w Polsce dla przyjemności…

Jak pierwszy raz jechałam jako rezydent z grupą do Vlory jakiś genialny kierowca wrzucił właśnie film „Uprowadzona” do odtwarzacza. No cóż – popkultura rządzi się swoimi prawami i Marko z Tropoii będzie pojawiał się w pytaniach turystów chyba zawsze. Obok Matki Teresy to najbardziej znany Albańczyk.

Przypomnijmy sobie na koniec ten klasyk :)